Godziwa wartość nadziału pańszczyźnianego

chłop popędza woły wykorzystywane do orania pola

W tym tekście spróbujemy sięgnąć do szczegółowych danych ze źródeł, żeby prześledzić wyniki gospodarcze gospodarstwa chłopskiego. Zejdziemy na dość drobiazgowy poziom, na ile to ma moim zdaniem sens, żeby zdać sobie z komplikacji. Jak zawsze, to jedynie przybliżenie realnego stanu rzeczy.

(Zwłaszcza ten tekst z nadchodzącej krótkiej serii będzie cięższy niż zwyczajne wpisy na tym blogu. Widzę, że już pół roku rozrasta mi się brudnopis czegoś, co miało być komentarzem „na szybko”: co jest w sumie typowe. Częściowo jest to po prostu zapis moich rozważań, choć mam nadzieję, że da się w miarę czytać).

Najważniejsze będzie uświadomienie sobie, jakich obliczeń dokonywalibyśmy, gdybyśmy mieli idealnie realne dane; a przez to – w jakich pojęciach trzeba rozumieć gospodarstwo pańskie i włościańskie. Dlatego właśnie kładę taki nacisk na to, byśmy mogli sobie zrekonstruować (nawet niedoskonale) jakieś konkretne gospodarstwa, a nie opierali się na gotowej syntezie; po te mogę odesłać wprost do Rutkowskiego, Wyczańskiego i innych historyków.

Niezrozumienie dawnej wsi wynikają głównie z tego, że ludzie czerpią wyobrażenia z nie najlepszych miejsc, bo nie z wiedzy. W jednym ekstremum tego jest wieś z serialu 1671, gdzie życie przypomina najbardziej jakiś kołchoz czy PGR. (Problem z taką „satyrą historyczną” bierze się stąd, że oglądając Jak rozpętałem II wojnę światową czy Bękarty wojny publiczność zna nieco poważniejszą historię II wojny światowej i może przynajmniej z grubsza rozpoznać, gdzie zaczyna się komediowa przeróbka. W przypadku 1671 nikt tego chyba nie wie, łącznie z twórcami).

Zakładam, że czytelnik jest już nieco bardziej wtajemniczony w fakt, że najważniejsze jednostki to poszczególne chłopskie rodziny i ich gospodarstwa, które udzielają seniorowi feudalnemu renty w jakiejś formie. Warto by jeszcze zrozumieć, jak te gospodarstwa się utrzymywały i w jakim były stosunku (gospodarczo) do dworu i folwarku. Trochę się więc spróbujemy dowiedzieć na ten temat.

Rozważania te będą w zamyśle służebne wobec oddzielnego wpisu o ujęciu rachunkowym folwarku pańszczyźnianego, zwłaszcza w kontekście tez Witolda Kuli o jego łatwej zyskowności. Takie ekonomiczne podejście szczególnie rozwinął Jan Rutkowski w swojej pracy z 1938 r. Swoją książką Badania nad podziałem dochodów w Polsce w czasach nowożytnych włączył się w szerszą dyskusję światową, choć jednocześnie kontynuował badania sięgające jeszcze publikacji Stanisława Grabskiego z początku stulecia [Rutkowski Podz 91-98].

Dla mnie osobiście to ciekawe rozwinięcie moich dawnych lektur do filmu Złota na Klatki o władzy korporacji. Pojęcia typowo rachunkowe, które mają zastosowanie w gospodarce dużego przedsiębiorstwa, przydają się też przy śledzeniu innych zakątków historii gospodarczej.

Łączny wymiar pańszczyzny w majątku

Dla ilustracji tez Kuli o opłacalności folwarków służą przykłady majątków Izdebki, Hoczew i Moczerady niedaleko Lwowa, w ich stanie pod sam koniec XVIII wieku [Kula 39]. Atrakcyjność akurat tych folwarków wynika z tego, że wcześniejszemu historykowi Romanowi Zubykowi udało się zestawić szczegółowe dane. Urzędnicy austriaccy ustalili – w zamyśle z udziałem chłopów – dokładną ilość rocznej pańszczyzny i zbiorów. Właściciele notowali wszystkie swoje wydatki na zwierzęta gospodarskie, sprzęty i prywatne potrzeby. Być może jakieś folwarki o podobnej pełności informacji kryją się w archiwach, ale pewnie niewiele.

Wyliczenia Zubyka – podstawa dla rozważań Kuli – też mają swoje słabości. Do dochodów liczy on sprzedaż zboża według cen (jak sam twierdzi) mocno zaniżonych. Skąd bierze akurat 12 groszy jako dniówkę pieszego robotnika rolnego, nie podaje. Zubyk przyjmuje również, jak twierdzi, wyższe liczby robocizny niż według rachunku właścicieli, twierdząc, że fasje podatkowe (czyli dane opracowane do austriackiej Metryki Józefińskiej) są wiarygodniejsze. To niewykluczone, choć nie powinniśmy też traktować ani urzędników, ani chłopów jako jakichś bezstronnych, obiektywnych instancji.

Notabene była to austriacka Galicja już dobrze po tak zwanym patencie o zniesieniu poddaństwa (osobistego) z 1780 roku. Jak wspominałem w innym tekście, nie przeszkadzało to zachowaniu pańszczyzny i prawnego posłuszeństwa panu jako normalnej praktyki w imperium Habsburgów. (W tym samym tekście pod nagłówkiem Jak wyglądała dawna wieś można znaleźć wyjaśnienie podziału na kmieci, zagrodników itd.).

Jak kształtował się obszar poszczególnych gospodarstw? W tym wypadku, chociaż mamy szczęście dostać wiele innych liczb jakich pragniemy, te możemy tylko zgadywać.

Moczerady mają 326,49 ha chłopskich i 39 gospodarstw w 1789 r., skąd wychodzi średnio po 8,37 ha. Żeby mieć z tego 5226 rocznych dni pańszczyzny sprzężajnej po 3 dni tygodniowo od kmiecia (stawka w tym majątku od „pełnej roli” [Zubyk 237]), potrzeba by 33,5 gospodarstwa. (Pańszczyzna sprzężajna jest z użyciem zwierząt pociągowych, a piesza bez). Gdyby to było 33 kmieci i reszta gospodarstw bezrolnych (chałupnicy), kmiecie nie mieliby średnio nawet po 10 hektarów. Jest to nieco ponad pół łanu chełmińskiego (= 18 hektarów), ale nadal mieści się w tym, co uważano by za gospodarstwo kmiece, a nie tylko zagrodnicze [Rutkowski Eur 83].

Liczymy też pełną stawkę dni pańszczyzny od każdego gospodarstwa kmiecego, a nie od odsetka łanu posiadanego przez włościanina – bo wtedy byłoby wątpliwe, żeby ktokolwiek robił pełne 3 dni. Chyba, że źródło, jak Zubyk, liczy już jeden dzień sprzężajny jak dwa piesze. Taki był od dawna częsty, choć nie wiadomo, na ile oficjalny przelicznik [Wyczański 73]. Nic mi jednak nie wiadomo o takiej korekcie w źródle, która w dodatku wykolejałaby „skorygowane ponownie” dane Zubyka, więc odrzucam taką hipotezę: zakładam, że każde gospodarstwo kmiece robiło realnie 3 dni albo jakąś podobną ilość, nawet mając około połowy łanu.

Ale skoro ustalona jest też stawka pańszczyzny dla zagrodników – półtora dnia tygodniowo – to pewnie byli jacyś zagrodnicy? Wyliczenie z 1789 r. ma pełen sens, jeśli uznamy tamto „pół kmiecia” za jednego zagrodnika, ale znowu jego pańszczyzna nie byłaby „pociężna” (sprzężajna). A te dane z 1789  mówią tylko o pańszczyźnie sprzężajnej dla całego majątku! Jest to przykład sytuacji, gdzie musimy sobie radzić ze źródłem, z którego danymi prawie na pewno dzieje się coś dziwnego.

Co innego mówi oszacowanie pańszczyzny z 1797, a nie 1789 roku – takie bez wywiadów z ludnością miejscową i „mniej wiarygodne” – które podaje 2338 dni pracy „pociężnej” i 3432 dni pieszej. Sugeruje to 15 kmieci z bydłem (bo liczba się ładnie dzieli), a resztę można sobie szacować różnie: stawka piesza podzielona naiwnie przez 3×52=156 przez sugerowałaby 22 kmieci pieszych, z czego można (jedynie dla ilustracji) wyobrazić sobie np. 20 kmieci i 4 zagrodników, zakładając umiarkowany rozrost zagospodarowanego obszaru przez 11 lat.

Nie jest jednak jasne, czy ci ludzie dostaliby ziemię kosztem folwarku, łąk i pastwisk czy innych działek. Zubyk nie sugeruje tutaj prawa zakupnego, gdzie role chłopskie są przypisane prawnie. Jeśli nie ma prawa zakupnego, to właściciel mógłby sobie tę ziemię rozdzielać dowolnie. Ale też wydzielenie np. jednej nowej roli z trzydziestu, gdzie ludzie orzą po stałych zagonach, nie byłoby proste. Trudno zabrać każdemu po trochu, żeby utworzyć jedną działkę w przestrzeni. Być może najprostsza hipoteza jest taka, że gospodarstwa mogły być dzielone na mniejsze przy okazji dziedziczenia.

Dla porównania, dla Izdebek podane jest wprost 144 rolników (bez wewnętrznej klasyfikacji) dających zwykłe świadczenia do dworu, 7 chałupników, 5 czynszowników opłacających się samymi pieniędzmi i drobiem [Zubyk 238]. Ci ludzie dają łącznie 11180 dni pańszczyzny pociężnej i 10530 pieszej. Pierwsza liczba sugeruje (na drodze wspomnianej procedury dzielenia) 71 i 2/3 gospodarstwa kmiecego, druga – 67 i pół. Ilustracyjnym przykładem „eleganckiej” interpretacji byłyby 72 gospodarstwa kmiece z inwentarzem (w tym jedno mniej obciążone z jakichś względów), 64 piesze i 8 zagrodniczych, z czego dwóch zagrodników robi tylko połowę.

Skan opisu wsi Szewce z lustracji województwa sandomierskiego (1564).
Skan opisu wsi Szewce z lustracji województwa sandomierskiego (1564).

Dla porównania zajrzyjmy do paru wsi królewskich półtora wieku wcześniej: z 1564 roku. Umożliwiają to wydane lustracje królewszczyzn, przeprowadzane wówczas z polecenia sejmu.

We wsi Szewce niedaleko Chęcin [Lustracja 290-291] wymienia się 8 kmieci na „rolach niepomiernych”: ja bym to odczytał jako mniej od łanu, ale lojalnie przekazuję, że Słownik polszczyzny XVI wieku podaje znaczenia dla słowa „niepomierny”: ‘ogromny’ albo ‘niewymierzony’. W każdym razie owi gospodarze płacą po 16 groszy rocznie czynszu i robią 2 dni tygodniowo. Największy (pieniężny) zysk od nich to danina zwana sep, płacona w owsie i pszenicy od plonów, co w różnych formach wycenia się rocznie na 304 grosze rocznie dla skarbu. (Jeśli ktoś chce to sobie śledzić w źródle, warto pamiętać, że jedna grzywna, łac. marca, to 48 gr: jest to jedna z jednostek obrachunkowych typowych dla ówczesnego pieniądza). Wieś składa się również z dwiema innymi na jednego wołu w ramach obciążenia „stacją”. Jest to ładna suma, więcej niż połowa czynszu z samych tylko Szewiec.

Gospodarstwa zagrodnicze są dwa, mają po trosze ról, nie płacą nic, telko pieszo robią (ale ile robią tej pańszczyzny – kto wie). Po innych wsiach nieraz spotyka się jakichś świeżych, nieobciążonych jeszcze osadników.

Jeden kmieć odkupuje pańszczyznę za 38 groszy rocznie; w niedalekiej wsi Zawada ta suma wynosi 27 i pół grosza dla jednej wdowy, której może obniżono stawkę. Zwróćmy uwagę: w 1564 roku gospodarz wykupuje rok pańszczyzny (dla niego 104 dni) za nieco tylko więcej, niż według Zubyka należało się za trzy dni pracy (po 12 gr), czyli tygodniowe obciążenie kmiece, w 1789 roku. To żeby sobie uświadomić, co się stało z wartością pieniądza na przestrzeni epoki nowożytnej.

Dla porównania z 16 groszami czynszu – w Moczeradach pod koniec XVIII wieku płacono 7 zł 15 gr czynszu (225 groszy). Zubykowa wartość rocznej pańszczyzny była nominalnie około 49 razy wyższa (36×52÷38) w porównaniu z XVI wiekiem; nominalna kwota czynszu – jakieś 14 razy. W obu wypadkach spodziewamy się jakiegoś udziału ogólnej inflacji (dlatego podkreślam: zestawiamy wartości nominalne), ale i tak różnica jest uderzająca. Fakt, że spadek wartości pieniądza z konieczności zżerał wartość czynszów chłopskich, z pewnością przyczyniał się do atrakcyjności pańszczyzny dla właścicieli majątków. Były to procesy trwające od średniowiecza.

Patrząc na sprawę naiwnie, wychodząc od „wieczystych” związków poddańczych średniowiecza, spodziewalibyśmy się, że nowożytna inflacja wszędzie w Europie zredukuje czynsze do nieistotnej wartości i przewaga feudalna właścicieli majątku zaniknie. Ale nigdzie (czy poza specyficzną Skandynawią?) elity nie dały się doprowadzić do aż takiej klęski.

W Anglii i w wielu krajach niemieckich faktycznie wymuszono rewaloryzację czynszów, czy to przez narzucenie terminowości kontraktów o ziemię, czy to przez zmianę warunków zasiedlenia po krwawych wojnach. W świecie śródziemnomorskim wprowadzono połownictwo, oddawanie połowy plonu, odporne na inflację. We Francji wysokość czynszów zastygła, ale w zamian szlachta wynajdywała, narzucała i przywłaszczała sobie inne opłaty (na czele z dziesięciną, dîme, która też jest w sumie proporcjonalna). W Europie Wschodniej czynsze również rosły powoli, ale w zamian rozrosła się pańszczyzna.

Dokąd nasi chłopi z Szewiec chodzili odrabiać pańszczyznę, chyba nie jest jasne. Najbliższe pole należące do zlustrowanego folwarku znajduje się w Bolechowicach (zarządzane w ramach folwarku w Radkowicach). Mierząc linijką na współczesnej mapie w linii prostej, możemy oszacować tę odległość na 5 km. Podobne szacunki podają mapy Google, podając nieco ponad godzinę jako czas marszu. Idąc do pracy, pracownik chłopski przechodziłby nie tak daleko Jaskini Raj – choć nie wiedziano wtedy o jej istnieniu. Jak widać, folwark należy sobie wyobrazić jako coś w rodzaju zakładu pracy, który mógł się znajdować względnie daleko od czyjegoś miejsca zamieszkania i własnego pola.

Co do ogólnego stosunku wielkości gospodarstw chłopskich i folwarku, podaję ciekawy cytat z Wyczańskiego:

[Ogląd danych] wykazuje pewną prawidłowość w podziale ziemi pomiędzy folwark a chłopów. Udział kmieci w areale jednostki gospodarczej waha się pomiędzy 50 a 60%, folwarku — 40-50%. Daje się przy tym zauważyć wyraźnie wpływ wielkości jednostki gospodarczej [tzn. całego majątku] na stosunek areału chłopskiego do folwarcznego. Im większe bowiem są ogólne rozmiary jednostki, tym udział chłopskiej ziemi podnosi się, folwarcznej — zmniejsza; im natomiast rozmiary te są mniejsze, tym większy jest udział folwarku, który rośnie kosztem kmiecego udziału. Obserwacja wielkich dóbr (kościelnych, królewskich) oraz bardzo małych (szlachty cząstkowej) wskazuje na to, że spostrzeżenie to może mieć znaczenie ogólniejsze. [Wyczański 84]

Przegląd areałów podawanych przez Zubyka [230-236] faktycznie pokazuje, że całość ziemi chłopskiej była zauważalnie większa niż folwark. Nie będziemy się tutaj w to zagłębiać, bo nie należy do rdzenia tematu; zwracam tylko uwagę, że pozornie całość ziemi przynależna do dworu w Hoczwi i przyległościach jest większa niż ta przynależna do włościan, ale zaledwie 24% tej pańskiej ziemi to uprawy.

Wynagrodzenie parobka a wartość pańszczyzny

Powiedzmy, że mamy dokładne pojęcie o wymiarze pańszczyzny w jakimś majątku. Jednak jeżeli chcemy – tak jak Zubyk czy Kula – przejść od pańszczyzny do rekonstrukcji wyniku gospodarczego właściciela folwarku i chłopa, trudno to zrobić bez przeliczenia pańszczyzny na pieniądze. Właściwie uważam (a zdaje się z tym zgadzać Zubyk), że pańszczyzna nie wpływa na ostateczny zysk majątku pana feudalnego: pojawia się na przestrzeni roku jako należność i albo zostaje produktywnie wykorzystana, albo przepada.

Myślę jednak, że wartość pańszczyzny ma znaczenie z punktu widzenia bilansu folwarku; stanowi jego konieczny składnik ekonomiczny (więcej o tym rachunkowym podejściu w nadchodzącym tekście-dyskusji z Kulą). Bardziej wyraziście ta wartość wpływa na bilans gospodarstwa chłopskiego.

Dla chłopa pańszczyzna to ciągły koszt pojawiający się z tygodnia na tydzień, nierównoważony przez żadną korzyść poza użytkowaniem ziemi – co jest w rubryce aktywów bilansu, a nie w rachunku zysku i strat. To zobowiązanie „finansuje” (w rachunkowym sensie, w rubryce pasywów) jego własny majątek i musi z niego spłacać (odpracowywać) „kupony”. Możemy to rachunkowo porównać z wieczystymi obligacjami rządu brytyjskiego, tzw. consols posiadanymi przez bohaterów Jane Austen. To mniej trafne (bo ciągła korzyść z obligacji byłaby już jednostronna, tylko po stronie wierzyciela), ale brzmi chyba romantyczniej niż banalna dzierżawa.

Jedna konieczna uwaga do dalszych rozważań: historycy gospodarki bardzo słusznie podkreślają problem utowarowienia, czyli stopnia, w którym gospodarstwo chłopskie czy pańskie sprzedawało swoją produkcję, używało pieniądza czy nawet myślało w pieniężnych kategoriach itd. Mówimy o czasach olbrzymiej roli gospodarki naturalnej, w której często to, co wytworzono, po prostu wykorzystywano (np. zjadano) bezpośrednio bez angażowania w to waluty. A jednak często dokładniejsze rozumowanie ekonomiczne jest łatwiejsze czy w ogóle możliwe jedynie dzięki „wmuszeniu” produkcji w kategorie pieniężne, nawet jeśli to jedynie użytkowa abstrakcja. (Dlatego też tak trudno jest planować nawet gospodarkę komunistyczną bez użycia rynku i cen). Jeżeli ktoś chce mieć pretensje, że uprawiamy tutaj zbyt kapitalistyczne rozumowania w gospodarce naturalnej, to może nie bez racji się pławić w swojej metodologicznej czystości; ale bez pewnych modelowych abstrakcji trudno by było nawet wyobrazić sobie możliwe odpowiedzi na pytania, które chcielibyśmy zadać.

Dostrzegam dwie wskazówki, rynkową i księgową, co do wyceny pańszczyzny. Zacznijmy od rynkowej. Patrząc najprościej na sprawę, wartość relutum (pieniężnej spłaty – [Rutkowski Podz 182]) pańszczyzny powinna odpowiadać kosztowi zatrudnienia parobka do analogicznej pracy. I na pierwszy rzut oka, dla sytuacji w 1564 roku, znajdujemy potwierdzenie tej myśli. Znalezione przez nas relutum wynosiło 38 groszy; średni roczny zarobek parobka w tymże województwie sandomierskim w tymże roku wynosił 37 groszy, prawie tyle samo [Izydorczyk-Kamler Wynagr Tab. 2]. Oczywiście, co naprawdę należałoby zrobić, to przejrzeć wszystkie pieniężne ekwiwalenty pańszczyzny na tym terytorium i przeanalizować je statystycznie. Nie znalazłem takich danych i pewnie mogłaby to być czyjaś praca dyplomowa.

Być może większy problem tkwi w tym, że mówimy tutaj o gospodarce kmiecia, od którego oczekiwano pańszczyzny sprzężajnej, z wykorzystaniem bydła, które on utrzymuje (choć, zdaje się, zwykle dostaje same woły od pana majątku). A więc spłata pańszczyzny przynosi tutaj panu tak naprawdę mniej, niż by musiał wydać na równoważną pracę i utrzymanie zwierząt.

To samo można powiedzieć tak, że chłop pozbywa się obciążenia pańszczyźnianego taniej w porównaniu do kosztu pracy najemnej. (Zresztą gdyby było inaczej, pewnie ten chłop wolałby sam wynająć kogoś spoza gospodarstwa do wykonania pańszczyzny i korzystniej by na tym wyszedł). I jeśli pańszczyzna w XVI wieku wydaje się „tańsza” niż praca najemna, to może wyjaśniać jej względną atrakcyjność dla obu stron. Choć zwłaszcza interesowałby nas okres jej kształtowania się w XV stuleciu.

Co by się musiało stać, żeby sytuacja była odwrotna – żeby pańszczyzna była droższa niż praca parobka? Byłaby to sytuacja, w której właścicielowi majątku szczególnie zależy na pracy chłopów osiadłych w porównaniu z zasobem pracy najemnej. Wydawałoby się, że w takim razie gospodarstwo chłopskie powinno by wynająć pracownika i niejako schować różnicę „do kieszeni”. Głównym powodem niemożliwości czegoś takiego może być brak rąk do pracy na wsi. Pasowałoby to do czasów wyludnienia, np. z powodu zniszczeń wojennych albo intensywnej migracji.

Kula uważał rynek właśnie za słaby i przyduszany przez niskie zagęszczenie ludności i ograniczenia feudalne. Według niego właśnie niedobór rąk do pracy, widoczny pośrednio w wielu wysiłkach o więcej osadników chłopskich, był głównym ograniczeniem rolnictwa [Kula 58-59]. Ponieważ skądinąd wiadomo, że chłopi mieli dość pieniędzy przynajmniej na niewielkie inwestycje [Guzowski 150], to raczej „rynek pracownika” odpowiadałby za słaby powab pracy najemnej z punktu widzenia pracodawcy. W kwestii XVII wieku [Izydorczyk-Kamler PrNaj 13] twierdzi, że „kariera” parobka za pieniądze bywała atrakcyjniejsza niż prowadzenie gospodarstwa.

chłop popędza woły wykorzystywane do orania pola
Fragment obrazu „Labourage nivernais” Rosy Bonheur (1849) CC BY-SA Ibex73.
Przez długi czas do orki wykorzystywano bydło, a nie cenne konie.

Zysk chłopa a wartość pańszczyzny

Rozumowanie księgowe sugeruje pewną wyidealizowaną, „sprawiedliwą” wycenę renty feudalnej od ziemi (czyli korzyści właściciela ziemskiego), którą podam tutaj w pierwszym – na pewno niepoprawnym, jak się przekonamy – przybliżeniu:

R = P – K

Gdzie R to wartość renty, P to wartość plonu z ziemi sprzedanego na rynku, K zaś to wartość pracy i innych kosztów koniecznych do uzyskania P przez chłopa. (P – K) to więc zysk włościanina na czysto. Przy takim ujęciu R jest wpisane w bilans po stronie właściciela folwarku jako aktywa, a (P – K) dokładnie równoważy R w pasywach jako źródło jego kapitału: korzyść udzielona poddanemu. Po stronie włościanina (P – K) jest aktywem, wartością jego działki, a R – pasywem, zobowiązaniem na rzecz pana.

Żeby zilustrować jak takie obliczenia mogłyby wyglądać, spróbujmy napocząć bilans dla kmiecia ze wspomnianej wsi Szewce w 1564 roku. Jego pańszczyzna wynosi 2 dni tygodniowo – 104 dni rocznie, wykupywalne w tej samej wsi za 38 groszy. Załóżmy pesymistycznie, że ma mniej niż łan ziemi.

Dolnym ograniczeniem jego plonów jest wartość spu – wypada na jednego gospodarza pół korca pszenicy za 8 gr i trzy korce owsa po 5 groszy. To jest tylko jedna danina dla pana-króla, więc chłop musi oczywiście zbierać znacznie więcej.

Korzec chęciński zboża to dwa korce krakowskie, a więc 2/3 krakowskiej ćwiertni. Patrząc na ceny w Krakowie, w tym okresie zapłacono by 7 i 1/3 gr za korzec (chęciński) owsa i niespełna 24 i pół grosza za korzec pszenicy [HPWL III 25, 27]. Wygląda więc na to, że ekipa panów Falenckiego, Działyńskiego i Wielogłowskiego (wyznaczonych do lustracji dóbr małopolskich przez sejm walny 1563-64 r.) dość konsekwentnie wyceniała zboże w Szewcach po 2/3 wartości takowego zboża w Krakowie jakieś 100 km dalej.

Gdyby ktoś się uparł je zawieźć do barek wiślanych na eksport, jakąś opcją byłby Sandomierz. Jest dalej niż Kraków w dół rzeki – i również w odległości około stu kilometrów od Szewiec. Chyba, że dałoby się spławić to zboże rzeką Nidą do Nowego Miasta Korczyna (co nie wiem – może było możliwe, ale też nie darmowe). Wspominam o tych sprawach, bo mogą się wiązać z kwestią, czy i gdzie wpływ eksportu ujednolicał ceny zboża w nowożytnej Polsce.

Szacunki plonów można wziąć z badań Wawrzyńczykowej dokładnie dla tego miejsca [HPWL II 78]. Załóżmy, że kmieć ma do swojej dyspozycji akurat 10 hektarów, zdecydowanie mniej niż łan którejkolwiek miary. Pobliskie folwarki, Radkowice i Starochęciny, uprawiały dwa razy więcej pszenicy (ale siligo a nie triticum) niż owsa (avena), ale trudno by uzasadnić, dlaczego by obciążano wieś 3:1 w odwrotnym kierunku na rzecz tańszego owsa, jeżeli chłopi faktycznie nie uprawiali go więcej.

Weźmy więc 6 hektarów owsa, 2 hektary pszenicy i 2 hektary ugoru: daje to wg Wawrzyńczykowej 17,2 kwintala pszenicy i 43,8 kwintala owsa. Zakładając pszenicę po 75 kg/hl i owies po 40 kg/hl otrzymujemy niecałe 23 hektolitry i 109,5 hl, czyli (przy korcach 72 l) prawie 32 korce pszenicy i 146 korców owsa. Co czwarty korzec (dla uproszczenia, ale podobnie do [Wyczański 139]) odkładamy na wysiew: zostaje 24 i 109,5 (sic) korców. Po cenach lustracyjnych to wartość 384 gr w pszenicy i 547,5 gr w owsie.

Licząc najbardziej pesymistycznie, nasz kmieć z Szewiec płacił w naturze i pieniądzu 70 i pół grosza (1 grosz = 18 denarów) rocznie. Dodając pańszczyznę za 38 groszy, daje to łącznie 108,5 gr na rzecz właściciela-króla z 931,5 gr przychodu – 11,6% obciążenia, co się z grubsza zgadza z ustaleniami [Guzowski 141], dla których by trzeba dodać jeszcze niewielkie podatki państwowe.

Jeśli chodzi o konsumpcję własną, [Wyczański 138-139] szacuje 6,44 hl zbóż rocznie dla wyżywienia osoby, co jest średnią obejmującą różne zboża i również spożycie dworu. Gdyby gospodarstwo kmiece żywiło się samą pszenicą w takich ilościach (bez ruszania mniej szlachetnych zbóż), byłyby to pewnie życie względnie na bogato.

Załóżmy, że kmieciowi zostaje po odłożeniu spu i wysiewu 16,53 hl pszenicy i abstrakcyjnie dobieramy to tego tyleż owsa. Posługując się zgrubnym stosunkiem cen pszenicy, żyta i owsa 5:3:2 (na podstawie cen krakowskich w latach 80. [HPWL II 26-27]) można by to przeliczyć na 38,6 hl żyta – głównego zboża spożywanego w szacunkach Wyczańskiego. Pozwalałoby to wyżywić właściwie równo 6 osób, ale załóżmy konserwatywnie 5 osób dorosłych. Te obliczenia można by jeszcze znacznie sobie pokomplikować, ale wolę tego uniknąć.

Przy takim podejściu, po odłożeniu wysiewu i spłaceniu obciążeń poza pańszczyzną (która przecież obciąża tylko pracą), a także konsumpcji własnej pozostaje w gospodarstwie 55,1 hl owsa, czyli ponad 73 korce albo 365 groszy.

Dla porównania, [HPWL II 176] podaje dochód narodowy w Polsce per capita 16 złotych, czyli 480 groszy – oczywiście nasze 5-osobowe gospodarstwo ma dochody znacznie poniżej tego poziomu, rzędu 70 gr na głowę – zaś roczne możliwości inwestycyjne typowego chłopa [Guzowski 62-63] ocenia na nie więcej niż 1-2 grzywien (złoty = 30 gr, grzywna = 48 gr).

365 groszy więc jestem skłonny uznać w tym wypadku za oszacowanie P – K, czyli rocznej korzyści chłopa z działki pańszczyźnianej na czysto. Jak widać, jest to o rząd wielkości więcej, niż wynosiłaby spłata pańszczyzny w pieniądzu. Dlatego powiedziałem wcześniej, że uznaję mój pierwszy „wzór na rentę feudalną” za ostatecznie niepoprawny. Jednak jeśli zdamy sobie sprawę z dodatkowych subtelności ekonomii, możemy znaleźć jeszcze miejsce dla tego rocznego oszacowania dochodu.

Zdyskontowana wycena nadziału chłopskiego

Chodzi o to, że pełna wycena tych praw nie może się opierać tylko na korzyściach wynoszonych przez obie strony w jednym roku, lecz trzeba tutaj wycenić dłuższy horyzont czasowy.

Można do takiej wyceny wykorzystać standardowe narzędzie do ustalania wartości bieżącej przyszłych korzyści, to znaczy dyskontowanie. Wartość bieżąca (PV) przyszłej korzyści (FV) jest liczona za pomocą wzoru:

PV = FV / (1 + r)t

gdzie r – to oprocentowanie kapitału, zaś t – liczba okresów rozliczeniowych (w tym wypadku lat). Przyjmiemy tutaj horyzont 20 lat (trudno planować dalej), natomiast kluczem rozumowania będzie dobór stopy procentowej (r).

Chodzi tutaj o to, jakiego oprocentowania każda strona żąda z wartości swojego kapitału w każdym roku. Podkreślmy: oprocentowanie żądane od inwestycji, a nie faktycznie otrzymywane. Rolą mianownika w równaniu jest odzwierciedlenie tego, co dany podmiot zrobiłby alternatywnie z kapitałem, gdyby zamiast w przyszłości (FV) otrzymał pieniądze dzisiaj (PV).

Dziś w rozwiniętym kapitalizmie r może być na przykład oprocentowaniem obligacji państwowych przy wycenianiu innego długu (bo inwestor mógłby kupić właśnie te „pewniejsze” obligacje). Jeśli ktoś inwestuje w akcje, przyjmuje zwykle większą stopę żądaną, ponieważ ponosi większe ryzyko i chce to sobie zrekompensować. Chłop ani pan w nowożytnej Polsce nie mieli dostępu do żadnych papierów wartościowych w rodzaju „pewnych” obligacji skarbowych i trzeba to będzie inaczej szacować.

Wyliczenia do poniższej sekcji są dostępne w tym arkuszu, który można też edytować i wypróbowywać inne wartości.

Zrewidujemy nasz poprzedni naiwny wzór do następującej postaci:

Wartość księgowa renty to: R = D + L

Postulujemy równość: df(R) = dp(P – K)

Równe sobie tutaj mają być wartości księgowe nadziału po stronie pana feudalnego i chłopa. Poprzednie R rozbijamy na D (daniny w naturze i pieniądzu) oraz L (pańszczyznę).

Chociaż raczej nie wpływa to mocno na wynik, pewne subtelności: D w roku bieżącym liczy się tylko do rachunku zysków i strat jako policzalny dochód, a L jedynie do bilansu jako należność ze strony gospodarstwa włościańskiego. Jest to jednak tylko należność krótkoterminowa, więc ostatecznie nie włączam jej do wartości długoterminowego zobowiązania na rzecz poddanego (tzn. nadziału). U chłopa całe (P – K) z roku bieżącego trafia do rachunku zysków i strat.

Kolejne 20 lat dyskontujemy po obu stronach. df to tutaj funkcja dyskontująca po stronie właściciela ziemi (z odpowiednim oprocentowaniem żądanym przezeń), a dp – po stronie poddanego (również z innym, żądanym oprocentowaniem).

Oprocentowanie dla obu stron będzie wynikać stąd, że i pan feudalny, i poddany są w pewnym (różnym) sensie tutaj w desperacji. Pan nie ma żadnej innej dostępnej lokaty kapitału – co podkreślał również Kula – i będzie gotów zaakceptować takie oprocentowanie, jakie realistycznie może „wygospodarować” ze swojego folwarku i poddanych. W teorii mógłby pożyczyć komuś pieniądze na procent (gdyby upłynnił ziemię), ale to powodowałoby dla szlachty czy duchowieństwa problemy prestiżowe (często do przeskoczenia) i ze ściągalnością (istotne).

Jeśli chodzi np. o folwarki dużych miast, to pewnie też władze miejskie chciały pewniejszej lokaty samorządowego kapitału w gospodarce rolnej. Przyjmiemy zresztą oprocentowanie nieco wyższe niż 6,66% typowe przy pożyczkach w XVI-wiecznej Starej Warszawie [Łozowski 75-76].

Z kolei założymy, że poddany będzie żądał takiego oprocentowania, żeby już w bieżącym roku otrzymać faktyczną korzyść, jaką dostaje. Innymi słowy przyjmujemy, że chłop swojego zysku potrzebuje koniecznie, bo nie ma innych źródeł utrzymania – nie w tym sensie, jak pan, że nie ma innego typu lokaty, ale dlatego, że nie będzie miał innych lokat w ogóle. Jest to założenie może bardziej nawet zbliżone do twierdzeń Kuli o „działce wyżywieniowej”, gdzie nie pozostaje chłopu żadna istotna nadwyżka, niż do bardziej uzasadnionej oceny realiów, gdzie obserwujemy kmieci akumulujących majątek w pewnym zakresie.

Zatem r chłopskie musi być równe mniej więcej (P – K) / dp(P – K) – udziałowi korzyści w roku bieżącym w wycenie całego nadziału ziemi. Otóż wówczas wymagane r nie będzie nawet zależeć od konkretnego (P – K) i będzie się coraz bardziej zbliżać do „ideału”, kiedy będziemy je „podkręcać” ku górze. Można sobie tego spróbować w załączonym arkuszu kalkulacyjnym. Już przy r = 20% stosunek (P – K) / dp(P – K) wyjdzie 20,54%. Przyjmujemy nieco arbitralnie r = aż 33% dla chłopa i wtedy ten drugi stosunek wyniesie 33,11%.

Rzecz jasna nawet wytrawni lichwiarze chętnie by się rzucili na roczny kupon takiej wielkości od kapitału. Ale wysoka stopa może być usprawiedliwiona przez wysokie ryzyko i trudność dostępu do danej inwestycji; w tym wypadku trzeba być kmieciem w gospodarce naturalnej i taki procent jest ograniczony do własnego gospodarstwa. Generalnie (co się sprawdza i dziś) przedsiębiorstwo niefinansowe, jak fabryka czy firma internetowa, może generować wyższy zwrot niż pożyczanie pieniędzy, za co ceną jest większe ryzyko i mniejsza płynność.

Średniowieczna fasada Domu Św. Jerzego w Genui, z dwoma piętrami i arkadami na parterze
Pałac Św. Jerzego w Genui – średniowieczna instytucja pożyczkowa na rycinie z XIX wieku.

Jeśli wówczas weźmiemy r = 8% dla pana feudalnego (tutaj – króla), a także wyliczone wcześniej (P – K) = 365 gr, R = 108,5 gr, L = 38 gr, to otrzymamy podobną wartość nadziału ziemi jako aktywa dla chłopa: 1102 gr i jako pasywa dla pana: 1065 gr.

Jest to więcej, ale w podobnym rzędzie wielkości, co droższe role sprzedawane przez chłopów w tym okresie. [Guzowski 73] podaje między 196 a 626 groszy jako przeciętną wartość umowy sprzedaży nadziału dla różnych małopolskich wsi poddańczych (abstrahując od obszaru sprzedawanego) – te liczby się bardzo wahały w czasie i przestrzeni. Pół łanu mogło osiągnąć czasem faktycznie cenę 1296 groszy w XV wieku, a w XVI wieku 480 groszy za ćwierć łanu [Guzowski 77]. Nie próbuję dostrajać żądanego zwrotu chłopa w kierunku np. 50% i uzyskiwać może „ładniejszego” wyniku, bo nie ma co nadawać tym zgrubnym wyliczeniom „na serwetce” złudnej dokładności.

Tak jak wspomniałem, jest to jedynie demonstracja, że rzeczywistość gospodarcza mogła opierać się na jakichś podobnych mechanizmach. Wszystkie liczby, na których działamy, to punkty wybrane w rozległych mgławicach, które mogłyby wypaść gdzie indziej przy nieco innych założeniach.

Notabene żeby otrzymać naszą ładną ekwiwalencję musimy założyć, że wycena wartości bieżącej jest liczona według dyskonta składanego, a nie prostego (gdzie PV = FV / 1 + rt): innymi słowy, że i pan, i chłop reinwestują swoją korzyść z każdego roku po swojej żądanej stopie. (Można to zobaczyć w arkuszu kalkulacyjnym w dodatkowej kolumnie – przy dyskoncie prostym trzeba znacznie większej rozbieżności r dla obu stron dla osiągnięcia równowagi, a wynik wygląda mniej realistycznie).

W przypadku chłopa jest to inwestycja w sprawniejsze prowadzenie gospodarstwa, inwentarz, narzędzia itd., w przypadku pana – w osadzenie więcej gospodarstw chłopskich albo może większą efektywność pracy na folwarku. Oczywiście w praktyce nie jest tak, że muszą się obaj tak zachowywać, bo chodzi nam tylko o księgową wycenę godziwej wartości nadziału ziemi.

W arkuszu zamieszczam także podobne zgrubne wyliczenie dla kmiecia na 8 hektarach w Moczeradach pod koniec XVIII wieku, na podstawie różnych danych Zubyka. Tutaj wychodzimy już z epoki grosza w epokę złotego (1 złoty = 30 groszy). Wartość roczna zysku chłopa na czysto wychodzi niemalże 324 złote w porównaniu z ok. 135 złotych obciążeń na rzecz pana. Aby wyliczyć „godziwą” wartość nadziału na poziomie ok. 980 złotych, potrzebujemy ustawić stopę żądaną przez dziedzica już nie na siedem, a na 12,5%. W tym czasie, można się domyślić, były dostępne już nieco szersze inwestycyjne i kredytowe – nawet jeśli Smarzewscy nie będą budować manufaktur, to działają już w gospodarce, gdzie one istnieją; dodatkowym czynnikiem może być tutaj większe obciążenie podatkami pod władzą Habsburgów.

Zresztą rozwój cywilizacyjny odzwierciedlamy też w spieniężonym koszcie utrzymania członka gospodarstwa, wykraczającym poza wyżywienie, bo zakładamy, że chłopi oczekiwali już w okolicach 1790 r. więcej od życia w porównaniu z rokiem 1564. Nie kłóci się to z większym „przyciśnięciem” gospodarczym kmiecia w tej epoce, które wygląda prawdopodobnie na podstawie wiedzy ogólnej. Dla porównania, cały majątek szlachecki Moczerady kupiono w 1794 r. za 61 tysięcy złotych [Zubyk 228].

Czy ludzie z epoki potrafiliby prowadzić takie obliczenia?

We najwcześniejszej epoce nowożytnej nie znano wzorów na dyskonto, których tutaj użyliśmy, ale ogólną koncepcję stosowano już w średniowiecznych Włoszech. Oprę się tutaj na przykładach z oksfordzkiej publikacji The Origins of Value z 2005 roku, traktującej o historii różnych narzędzi i instytucji ekonomicznych.

Na samym początku XIII wieku nieopodal Florencji sprzedawano wieczysty kontrakt na coroczną dostawę staio pszenicy (zdaje się, że odpowiednika naszego swojskiego „korca”) za 2,8 liry; w tym czasie za jedno staio płacono ćwierć liry. Rzecz jasna, żeby uzyskać cenę wieczystego ciągu dzisiaj, musiano przynajmniej intuicyjnie stosować dyskonto. Może to mieć związek z ówczesną pracą Liber abaci florenckiego matematyka Fibonacciego [Origins 138]. Z tej książki wzięło się wiele fundamentalnych wzorów na podział zysków w spółce kapitałowej, wartość funduszy umieszczonych w banku na określone oprocentowanie itd. (a także znany z matematyki ciąg Fibonacciego).

Fibonacci wylicza też zdyskontowaną wartość kolejnych wypłat żołnierskiego żołdu, choć porównuje on tutaj dwa warianty częstotliwości wypłat i, jak ja to rozumiem, nie musi przy takim porównaniu 1-do-1 wprost wyróżniać oprocentowania „żądanego” [Origins 136]. W 1558 r. Jean Trenchant ogłosił we Francji dzieło Arithmetique, zawierające obliczenia dyskontowe wartości i tablice oprocentowania do wykorzystania we własnych rachunkach [Origins 142-143].

Na ilustracji w [Origins 163] pokazano rachunek kupiecki z 1474 r., gdzie wycenia się przyszłe roczne wypłaty po 20 soldów z Domu Św. Jerzego (centralnej instytucji pożyczkowej rzeczypospolitej genueńskiej). Te 20 soldów otrzymane za rok (1475) wycenia się dziś (w 1474) na 16 soldów, te za dwa lata – na 14 soldów dzisiaj, te za trzynaście (1487) – na 6 soldów. Nie dokładne, ale podobne wartości do tego kupca możemy uzyskać za pomocą naszego arkusza folwarcznego, używając nowoczesnego dyskonta prostego 20 soldów przy żądanej stopie w granicach 20-25%. Ściśle jaką metodę wykorzystał autor tych notatek, najwyraźniej nie wiemy.

Same rachunki tego typu były jednak powszechne w środowisku europejskiego kupiectwa i finansjery. Opierano je na uproszczonych tablicach, będących swego rodzaju tajemnicą fachu. Dlatego takie istotne było ich „ujawnienie” przez Trenchanta i potem Simona Stevina w Niderlandach. Ale z drugiej strony właśnie dlatego tak chciano liczyć tym sposobem, że odzwierciedla on pewną ekonomiczną rzeczywistość, którą każdy rozumie: sto złotych, które dam ci za rok, nie może być warte dla ciebie stu złotych dzisiaj.

Mniej wyrafinowana wycena gruntu może się opierać na wielokrotności przychodów rocznych. Jeśli mam pole dające mi sto szelągów rocznie, mogę ci je sprzedać za trzykrotność (trzysta szelągów) – wtedy w dorozumieniu dyskontuję już czwarty rok i wszystkie kolejne do zera. Metoda, którą zastosowałem tutaj, służy temu, żeby się dało osiągnąć jedną liczbę dla pana i chłopa przy zachowaniu sensownych założeń. Wielokrotność zysku nie dawałaby tutaj jednoznacznych wskazówek.

Literatura

Guzowski = Piotr Guzowski, Chłopi i pieniądze na przełomie średniowiecza i czasów nowożytnych, Kraków 2008 (Avalon).

HWPL II = Historia Polski w liczbach. Tom II: Gospodarka, Warszawa 2014 (Główny Urząd Statystyczny). link

Izydorczyk-Kamler PrNaj = Anna Izydorczyk-Kamler, Praca najemna na wsi małopolskiej w XVI i pierwszej połowie XVII wieku, „Kwartalnik Historyczny” 97 – 1-2/1990. link

Izydorczyk-Kamler Wynagr = Anna Izydorczyk-Kamler, Wynagrodzenie pracowników najemnych w folwarkach małopolskich w XVI i pierwszej połowie XVII w., „Przegląd Historyczny” 81 – 3-4/1990.

Kula = Witold Kula, Teoria ekonomiczna ustroju feudalnego, Warszawa 1983 (Książka i Wiedza).

Lustracja = Lustracja województwa sandomierskiego 1564-1565, wyd. W. Ochmański, Wrocław 1963 (Ossolineum).

Łozowski = Piotr Łozowski, Kredyt i dom. Rynki obrotu pieniężnego i nieruchomościami w Warszawie okresu XV i początków XVI wieku, Białystok 2020 (Instytut Badań nad Dziedzictwem Kulturowym Europy).

Origins = The Origins of Value: The Financial Innovations That Created Modern Capital Markets, ed. W.N. Goetzmann, K.G. Rouwenhorst, Oxford 2005 (Oxford University Press).

Rutkowski Eur = Jan Rutkowski, Wieś europejska późnego feudalizmu, Warszawa 1986 (PIW).

Rutkowski Podz = Jan Rutkowski, Badania nad podziałem dochodów w Polsce w czasach nowożytnych w: Wokół teorii ustroju feudalnego, Warszawa 1982 (PIW).

Wyczański = Andrzej Wyczański, Studia nad folwarkiem szlacheckim w Polsce w latach 1500-1580, Warszawa 1960 (PWN). Opieram się na wersji ebookowej, która kiedyś była w internecie: jeśli jest niezgodność z wersją papierową, proszę o info (postaram się sam to też skontrolować).

Zubyk = Roman Zubyk, Gospodarstwo folwarczne z końcem XVIII wieku w: Studia z historii społecznej i gospodarczej poświęcone Prof. Dr. Franciszkowi Bujakowi, Lwów 1931 (Ossolineum). link

Start the discussion

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *