Mityczne folwarczne bogactwo

Monety na starym drewnianym stole i worki z pieniędzmi postawione obok.

Ten tekst to trochę dodatek i notatki do planowanego już długi czas (jak zwykle) wideo o tym, czy były jakieś alternatywy dla gospodarki pańszczyźnianej dla nowożytnej Polski. To jednocześnie komentarz do Teorii ekonomicznej ustroju feudalnego Witolda Kuli (1962) – klasycznej książki na temat historycznej gospodarki.

Teoria zrobiła na mnie przy czytaniu wielkie wrażenie. Jak mało która książka zachęca do myślenia systemowego, analitycznego. Trzeba też przyznać, że za pierwszym razem trudno sobie całą jej myślową konstrukcję uporządkować w głowie. Ale, oczywiście, w tym tekście ograniczam się głównie do rzeczy naprawdę interesujących, tzn. do krytyki.

Czytelnik ma pełne prawo nie mieć cierpliwości do tych ekonomicznych rozważań i dlatego podzielone są na sekcje:

– Czy wyobrażenie ofiary broni godności chłopów: wobec typowych popularnych argumentów o wyjątkowości pańszczyzny.

– Czy folwark to fabryka pieniędzy: na temat głównej tezy Kuli i jej wersji rozdmuchanej przez autorów przez niego zależnych (zwykle o ograniczonym dostępie do polskich badań albo niehistoryków), tzn. Braudela i naszych rodzimych „luminarzy”. W sumie prowadzi to do sekcji kolejnych.

– Czyim „wydatkiem” była pańszczyzna: w świetle realiów podawanych nam przez źródła; jak to dopasować do rachunkowości przedsiębiorstwa, jak to dzisiaj rozumiemy (właściwie i Kula, i inni przed nim próbowali to rozstrzygnąć w pojęciach rachunkowości własnej epoki).

– Cena „prawdziwa” a cena faktyczna: krytyka idei, że w gospodarce preindustrialnej opartej na poddaństwie pewne rzeczy były „za darmo” i że jest to specyficzne dla tego systemu.

– Jaką rolę odgrywają nakłady inwestycyjne w księgowości?: krótki komentarz, na ile inwestowano i na ile się dało.

– Model folwarcznej księgowości (propozycja): ponownie, w kategoriach teoretycznej rachunkowości współczesnej.

– Jak zarządzać i nie stracić: komentarz wracający do początkowego problemu, gdzie argumentuję, że pozycja właściciela majątku wiejskiego wcale nie była taka bezstresowa.

– Oddzielny (nadchodzący) wpis Pańszczyzna a niewolnictwo: temat dzisiaj ekscytujący masy – tym razem rozważony nie z punktu widzenia prawa, tylko funkcjonowania wsi europejskiej jako gospodarki.

Podstawowe dla tych rozważań będzie rozróżnienie stare i mało kontrowersyjne: na bilans kapitału i na rachunek zysku i strat w perspektywie roku.

Ten pierwszy rachunek możemy sobie wyobrazić jako inwentarz czy spojrzenie na to, co przedsiębiorstwo (jak gospodarstwo folwarczne czy chłopskie) posiada i skąd zostało to sfinansowane. Ten stan posiadania nazywamy aktywami, zaś ustalenie źródeł finansowania (czy to z długu, czy to z nakładów własnych) pasywami. Bilans jest zawsze sporządzany dla jakiegoś pojedynczego momentu w czasie, na przykład na ostatni dzień w roku. W danej chwili część pozycji bilansowych będzie krótkoterminowa – te wprowadzone niedawno i wkrótce przekształcone w coś innego, jak na przykład zebrane ziarno, które będzie za chwilę wysłane do zmielenia na mąkę, a mąka następnie spieniężona. Inne składniki kapitału będą długoterminowe: jak zabudowania gospodarcze czy sama ziemia.

Rachunek zysków i strat to drugi rachunek, skupiony na tym, co przedsiębiorstwo zyskało i jakie koszty było zmuszone ponieść w danym okresie.

Czy wyobrażenie ofiary broni godności chłopów

Nie ma wątpliwości, że dla wielu wyznawców unikalnego zła polskiej gospodarki nowożytnej ich poglądy mają wymiar „godnościowy” i może uznają wręcz rozważanie sprawy tak, jak w tych wpisach, za jakieś obrażanie. Ale moim zdaniem niewiele godności można uzyskać z nieprawdy.

Właściwie każdy historyczny system społeczny zawiera w sobie element wielkiej nierówności i niesprawiedliwości, a nawet – jeśli chcemy tak to określić – walki klasowej. Trzeba to jednak opisywać realistycznie. Metodą demagogii i retoryki jest używanie najmocniejszych i czarnych określeń. Publicyści kiedyś i dzisiaj mają ku temu swoje powody. Może to być zachodnia niechęć do wschodniej Europy, protestancka niechęć do katolicyzmu (historycznie kojarzonego z Polską), pragnienie usprawiedliwienia rozbiorów Polski, czym było zainteresowanych wiele mocarstw i powiązanych z nimi intelektualistów, wreszcie – w historycznej Polsce – nawoływanie do takich czy innych reform. Dzisiaj również istnieją powody ideologiczne do uderzania w te same tony, ale na potrzeby tego tekstu pozostawimy je przyszłym historykom.

Najbardziej kluczowym faktem, który musimy sobie uświadomić, jest to, że wcale nie musimy opierać swoich poglądów na publicystyce. Albowiem mamy suche, ilościowe dane gospodarcze, które są dokładniejsze i przy których tworzeniu względy propagandowe były na odległym miejscu. Mówimy o papierach głównie tworzonych po to, żeby ludzie mogli ogarnąć umysłowo własny majątek. Nie było tu raczej głębszych motywów kształtowania czyichś poglądów na temat Polski.

Otyły szlachcic zamachuje się batem na chłopa skulonego nad pługiem. Napis cyrylicą.
Bolszewicki plakat propagandowy z 1920 roku wiążący Polskę z „niewolnictwem” pod rządami szlachty. Ciekawy jest zarówno jaskrawy anachronizm (60 lat po zniesieniu pańszczyzny), jak i kontekst sowieckiej kolektywizacji i systematycznego rabunku wsi w tym czasie. Może jeszcze ciekawsze, że dzisiaj takie obrazki są wycinane do „buntowniczych” memów w polskim internecie. Wiek tego memu w abstrakcyjnym sensie to ok. XVIII wiek.

System społeczny dawnej Rzeczypospolitej należy rozumieć po prostu jako wersję europejskiego feudalizmu, czy też systemu poddaństwa. O tym już pisałem. Niestety ludzkość zostawiła egalitaryzm w czasach łowiecko-zbierackich i dopiero w epoce rewolucji XVIII wieku zaczęła o niego walczyć na poważnie na nowo. Jednak powody tego są głównie obiektywne. Dzisiejszy mieszkaniec wielkiego miasta nie jest w stanie sobie wyobrazić ogromu monotonnej pracy fizycznej na polu, w domu, walki na krawędzi z zimnem, chorobami, wrogim najazdem, jaka obciążała ludzi kilka wieków temu. Bez handlu światowego, pary, elektryczności i ropy naftowej nie było od tego żadnej ucieczki. Mając dzisiaj głębokie pretensje o podział tej pracy nie jesteśmy „przenikliwi” ani och-ach „krytyczni”, ale raczej dziecinni i oderwani od rzeczywistości. Nadwyżka czasu kreatywnego do spędzenia np. z książką była bardzo niewielka i nie do obdzielenia wszystkim.

Dzisiaj przeciwnie żyjemy (póki co) w czasach dużej nadwyżki produkcji globalnej, która przynajmniej w teorii mogłaby zapewnić masom wygodne życie. Ale obecny tani teatrzyk i LARP-owanie wielkomiejskiej klasy średniej jako chłopi pańszczyźniani (jak pastereczka Maria Antonina!!!) co najwyżej zaciemnia ten fakt. Wpisuje się wręcz w starą taktykę nasycenia umysłów fantazyjną demagogią socjalną i kulturowymi obsesjami, zamiast zrozumienia materialnych mechanizmów. To w ostatecznym rachunku służy koncentracji władzy i konserwacji status quo.

Realne drzewo pochodzenia każdego z nas na przestrzeni kilkuset lat (siedmiu pokoleń i więcej) jest niekontrolowanie chaotyczne i pokrzyżowane. Z powodzeniem może sięgać w ogóle do innych krajów i nie tylko że szlachty (co uznałbym za bardzo typowe), ale w ogóle arystokracji i koronowanych głów. I co z tego? Szerzoną dzisiaj ideologię „krwi i ziemi” i „prawdziwego” czystego pochodzenia Polaków od chłopów uważam również za demagogiczną – to znaczy trzymającą się na tym, że odbiorca takich argumentów nie pomyśli nad nimi dłużej niż piętnaście sekund. W istocie istnieje dziedzictwo kulturowe, a „dziedzictwo krwi” to też trochę taka nasza fantazja. A kultura polska, w tym kultura chłopska, to w wielkim stopniu i tak (w swoich źródłach) kultura szlachecka.

Nawet jeśli wyobrazimy sobie naszych prawdziwie chłopskich przodków patrzących na nas z chmurki (gdzie nie dostrzegł ich Gagarin lecący na orbitę), to co właściwie chcemy dla nich uzyskać przez robienie z nich ofiar, wbrew faktom? Z punktu widzenia mentalności zupełnie co innego ich obchodziło: przetrwanie roku, własna gospodarka, skomplikowane sprawy rodzinne, ich świat religijnych czy duchowych wyobrażeń. Na tyle, na ile człowiek mógł kształtować swoje życie w tamtej ciężkiej epoce, rodzina chłopska sama toczyła swoją walkę o przetrwanie wobec społeczeństwa i natury.

Nie należy udawać, że chłop nie miał opcji decyzyjnych i możliwości, w tym gospodarczych, prawnych i zwyczajowych, które miał. Z tych samych powodów na przykład dniówkowego robotnika fabrycznego, nawet jeśli jego życie było ciężkie, nie powinniśmy zrównywać z chłopem czy z niewolnikiem. Jakakolwiek poważna wiedza musi się opierać na zrozumieniu mechanizmów, nie na nauczeniu się odpowiednich ocen emocjonalnych na komendę.

Postawienie problemu: czy folwark to fabryka pieniędzy

Na podstawie dotychczasowego dorobku nauki można sformułować przypuszczenie, że gdybyśmy jakiekolwiek „przedsiębiorstwo” feudalne (latyfundium, klucz, folwark, manufakturę) skalkulowali metodami właściwymi dla kalkulacji kapitalistycznej, a więc przez wycenienie tych wszystkich czynników, które do produkcji wchodziły, a nie były kupowane na rynku (jak teren, budynki, surowce itp.) – zawsze niemal okazałoby się, że przedsiębiorstwo dane pracuje ze stratą. Gdybyśmy natomiast skalkulowali je, nie licząc w ogóle tych elementów, które pieniężnie nie kosztowały – wynik z reguły pokazałby ogromny zysk [Kula 45].

Jest to kluczowy akapit z książki Witolda Kuli, ale moim zdaniem opiera się na chwiejnych założeniach. Przede wszystkim Kula upiera się, że przy ujęciu rachunkowym „kapitalistycznym” musielibyśmy potraktować pańszczyznę jako wydatek folwarku, podczas gdy moim zdaniem jest dość jasne, że była ona rachunkowo należnością. Innymi słowy folwark nie „traci” na pańszczyźnie: najbardziej niechętna osoba musiałaby to przyznać. Stosunek Kuli do cen również budzi mój sprzeciw. O tym wszystkim jednak dalej.

Historyk przywołuje trzy folwarki pod sam koniec XVIII wieku [Kula 39-41], które opisał w 1931 r. Roman Zubyk (zresztą chyba historyk ukraiński). Opierał się on na archiwach rodu Smarzewskich i austriackich ustaleniach podatkowych. Na pożytecznym artykule Zubyka oparłem też własny wpis o wycenie nadziału pańszczyźnianego.

Od razu trzeba powiedzieć, że cała szeroka i może ciekawa dyskusja w na temat tych majątków niewiele da, jeżeli interesuje nas głównie powstanie formacji folwarczno-pańszczyźnianej w XV-XVI wieku. Między tą epoką a końcem XVIII stulecia rolnictwo polskie się zmieniło, podobnie jak stosunki na wsi (przede wszystkim ludność się zagęściła), miało miejsce sporo wielkich katastrof i odbudów, waga srebra w groszu spadła o ponad 90% itd.

Jeśli typowy folwark nowożytny powstał na przełomie XV i XVI wieku, to wytworzył go ówczesny splot okoliczności. Skoro folwark już raz powstał, uczestnicy gospodarki już w niego wrośli, mógł później wpływać długo na zmieniającą się sytuację – już jako rzeczywistość zastana. Cokolwiek ustalimy o roku 1795, nie można tego automatycznie przenieść w 1495. Tutaj już względnie przydatniejsze byłyby Studia nad folwarkiem Wyczańskiego o XVI wieku, ale nie ma on pewnych liczb (np. pełnej ilości robocizny) i patrzy bardziej z lotu ptaka na szerszym materiale z wielu folwarków. Dlatego trudniej wyliczyć coś z jego liczb do własnych rekonstrukcji rachunkowych.

Monety na starym drewnianym stole i worki z pieniędzmi postawione obok.
Malbork – Skarbiec na zamku; Lestat (CC BY-SA)

Kula stwierdza, że w ujęciu kasowym folwark była to wręcz fabryka pieniędzy. Nieco bezkrytycznie powtarza to Fernand Braudel [234, 236-237], który w sumie nie ma innego wyjścia niż opierać się na polskich historykach gospodarki (a pisał swoje dzieło przed Wyczańskim czy Topolskim). Entuzjazmuje się tym dzisiejsza publicystyka „antyrzeczpospolicka”. Jest też u Kuli subtelniejsze stwierdzenie, że im mniej upieniężniona jest gospodarka w danym majątku (co koreluje się w jakimś stopniu z zacofaniem), tym będzie zyskowniejszy [Kula 43].

Odwrotnie (choć trzeba przyznać – ostrożnie) ocenia Zubyk, według którego opłacalność wisiała na włosku pańszczyzny i dodatkowo ma to pokazać uwaga w duchu epoki, że po jej zniesieniu w roku 1848 szereg majątków ziemskich przechodzi w inne, często żydowskie ręce [260]. Jeśli komuś z pozoru wydaje się to właśnie zgodne z opiniami Kuli: Zubyk nie uprawia żadnej gimnastyki z pańszczyzną jako wydatkiem (o czym za moment) i opiera swoje wnioski na takiej właśnie kalkulacji, która według Kuli powinna wykazywać ogromny zysk. Zubyk pisze raczej o niewydajności ekstensywnej gospodarki, wskazuje na małą wydatność pracy poddanego, jej niedostateczne wyzyskanie.

Podobne wnioski pośrednie o zyskowności folwarków można wyciągać z długoterminowej koncentracji ziem szlacheckich w rękach magnaterii, czy z działalności takich postaci jak Zygmunt Grudziński, który w XVI wieku zaczyna z ośmioma wsiami, a umiera z ponad stoma [Opaliński 43]. Przecież ci „zbieracze” gruntów kupowali je od ludzi wolących je sprzedać niż czerpać „ogromne zyski”, albo nie mających innego wyjścia. Pewnie właśnie dlatego, że gospodarka nie była taka prosta. Kula zaś twierdzi, że aż do XIX wieku w rolnictwie nie dało się zbankrutować, chyba że z powodów pozaekonomicznych [Kula 196]. Z tymi czynnikami pozaekonomicznymi pewnie mając na myśli katastrofy naturalne i wojenne i zapewne dopuszczając też możliwość niemoralnej „rozrzutności”.

Zresztą Zubyk podkreśla [227-228], a Kula chyba nie bierze wyraźnie pod uwagę, że opisuje folwarki rodziny średnioszlacheckiej szczególnie oszczędnej i gospodarnej.

Stanowisko opozycyjne wobec Kuli brzmiałoby więc tak, że zyskowność folwarku, jak większości przedsiębiorstw, wymagała sprawnego i kompetentnego zarządu. Kusi, by przypisywać go najczęściej własności duchownej, bo dana instytucja kościelna w pewnym sensie zarządzała jako korporacja przez swojego urzędnika jak np. biskup. To Kościół zapoczątkował rozwój pańszczyzny w XV wieku [Kowalewski 47] i chyba najlepiej nią administrował na włościach.

Czyim „wydatkiem” była pańszczyzna?

Jeśli podrążyć kawałek głębiej, centralna kontrowersja dotyczy pewnie tego, czy robocizna pańszczyźniana generowała łatwy i czysty zysk. Kula zbliża się do takiego poglądu, a szczególnie łatwe jest takie wyobrażenie dla dzisiejszego odbiorcy, który nie zdaje sobie sprawy z zależności między wielkością majątku chłopa a wymiarem robocizny, czy w ogóle z charakteru gospodarki rolniczej.

Pewnie to, że folwarki istniały też później – długo po zniesieniu pańszczyzny i poddaństwa – i jeszcze w XX wieku opierając się na pracy najemnej, też nie jest uświadamiane sobie jasno. Te najemne folwarki przed II wojną światową to też nie była sielanka i może nawet jakoś nawet wspomagają dzisiaj błędne wyobrażenia o gospodarce przedrozbiorowej. Ale jak by nie było, sytuacja parobka w latach 30. wciśniętego w pokój w pańskim „czworaku” jest z natury zupełnie inna niż kmiecia pańszczyźnianego z własnym gospodarstwem, nawet jeśli oczywiście ten drugi nie miał w życiu łatwo.

W oddzielnym tekście śledzę, ile się możemy dowiedzieć o faktycznym wymiarze obciążeń pańszczyźnianych i innych; i jak je właściwie można wycenić „księgowo”.

Polska kultura, mało kupiecka, nie docenia wartości rachunkowości, której celem nie jest zaciemnianie realiów (jak ludzie myślą sobie zarazem cynicznie i naiwnie), lecz właśnie zorientowanie się w zjawiskach, które mają miejsce niezależnie od tego, czy ktoś je widzi i wylicza. Działalność gospodarcza ma zawsze miejsce w świecie materii, rządzonej zasadami zachowania energii i masy. Od tego żaden system gospodarczy występujący na powierzchni – feudalizm, kapitalizm, komunizm – nie może naprawdę uciec.

Księgowo rozsądnym założeniem jest, że wartość własnego gospodarstwa chłopa będzie mniej więcej równa wartości jego obciążeń. Otóż faktycznie da się dojść do takich wniosków, jeśli będziemy liczyć odpowiednio zdyskontowaną wartość korzyści pana i chłopa w kolejnych latach. Da się to nawet połączyć ze znanymi cenami gospodarstw z umów sprzedaży, gdzie chłopi byli stronami. O tym tekst wspomniany wyżej.

Ponieważ zbyt wiele jest stopni swobody i szacunkowości w tych obliczeniach (nawet jeśli staram się je prowadzić w miarę „pesymistycznie”), nie będę zakładać, że rozstrzygają one cokolwiek. Są jednak dobrą okazją do przyjrzenia się przychodom obu stron. Przychód chłopa z własnej ziemi właściwie zawsze będzie wyższy niż przychody właściciela ziemskiego z obciążenia gospodarstwa chłopskiego. Oczywiście musi tak być, żeby chłopi mieli w ogóle z czego finansować pracę pańszczyźnianą i codzienne życie mieszkańców gospodarstwa.

Kula wysuwa tezę, że w zamyśle gospodarstwo to „działka wyżywieniowa”, mająca zapewnić rodzinie chłopskiej przeżycie i nic ponadto. Na dowód przywołuje teksty porad szlacheckich, których ton jednak zwykle wskazuje, że chłopi mieli móc wyżyć ze swojej ziemi (co jest w pełni racjonalne), ale raczej nie wprost, że tylko wyżyć [Kula 207-208]. Oczywiście w interesie dziedzica, jak to bywa w ekonomii, było uzyskanie zysków jak najmniejszym kosztem, co mogło oznaczać jak największy folwark i jak najmniejsze działki kmieci. Ale ostatecznie chłop musiał mieć też ze swojego poddaństwa gruntowego pewien zysk, co pokazują i obliczenia empiryczne, i sama logika. Jeśli dla wykazania bezsensu rozwoju swojej gospodarki z punktu widzenia chłopa trzeba przywoływać aż autorytet cytatów z Lenina [Kula 76], może to nie przekonać dzisiejszego czytelnika, jeśli jest człowiekiem małej wiary: choć może zyskaliby na tym klasycy współczesnej historii ludowej.

Nawet jeśli chłopi nie mogli (oficjalnie) opuszczać wsi, to musiało im się jeszcze opłacać posiadanie gospodarstwa zamiast bezrolnego trybu życia, pracy za gotówkę itd. I spory o decyzje tego typu są znane ze źródeł: zachęcanie chłopów przez panów do ożenku i zakładania gospodarstw, naciski, żeby ich nie porzucali [Kula 85-87, 209, Rutkowski Eur 101…], a także spięcia międzypokoleniowe wśród chłopów o korzystniejsze wybory gospodarcze [Izydorczyk-Kamler 13].

Jak sam Kula zwraca uwagę, wyszczególniając robociznę pańszczyźnianą po prostu jako „wydatek” przedsiębiorstwa folwarcznego, dochodzi się do nonsensownych wyników. Po części jest to, jak on zauważa, problem z wycenianiem czegoś, co prawie nie pojawia się w gospodarce pieniężnej (i chyba właśnie po to powstało, żeby ją obejść). I faktycznie dość rzadko ktoś w źródłach wycenia jakoś pańszczyznę jakoś wprost w pieniądzu.

Jednak niezależnie od konkretnych szacowań jest to problem modelu, jakie miejsce powinna zajmować pańszczyzna wśród innych pozycji w bilansie przedsiębiorstwa – albo w rachunku zysków i strat.

Roman Zubyk [259] (źródło Kuli) z jednej strony liczy wszystkie powinności poddanych, łącznie z pańszczyzną, jako „przychód” folwarku. Potem znowu jako „wydatek” odejmuje samą wartość pańszczyzny – pomińmy sobie tutaj potencjalne kontrowersje co do dokładnej liczby dni i ceny roboty za dzień. Takie podejście jest może nieidealne, ale do obrony. Można je traktować jako przejściowe pojawienie się pańszczyzny w bilansie przedsiębiorstwa i jej „wydanie” do końca roku, bez bezpośredniego wpływu na ostateczną wartość zysku.

Z kolei Kula [39-42] odejmuje po prostu „wartość pańszczyzny” od przychodów dziedzica i stwierdza, że w ten sposób dostaje wynik folwarku według zasad kapitalistycznych uwzględniając koszt społeczny (i uzyskuje zawsze stratę). Jest to wybór bardzo specyficzny. Albo ten „wynik” powinien być samym całościowym obciążeniem chłopa, bez powiększenia o dochód właściciela (wtedy mamy pesymistyczne, tylko negatywne oszacowanie); albo powinien wziąć przychód chłopów z ziemi i ich rozchód na rzecz pana (perspektywa gospodarstw włościańskich traktowanych zbiorczo); albo powinien potraktować przychody poddanych i właściciela zbiorczo razem z ich rozchodami.

Gdyby zastosować ostatnie nieco abstrakcyjne wyliczenie „wszystkich razem” (a to chyba Kula miał na myśli?), to całe majątki wykażą bardzo pokaźny zysk, bo chłopi zbiorczo produkowali u siebie znacznie więcej niż same folwarki [Tabl. 6 u Zubyka], a pańszczyzna przekazywana „wewnątrz” tak specyficznie rozumianego przedsiębiorstwa się wyzeruje.

Ale to wciąż by było mylące, bo przecież gospodarstwa chłopskie same się nie uprawiały, trzeba by wejść w ich koszty materialne, własną robociznę itd. To też by trzeba było rozważyć, gdybyśmy chcieli liczyć same gospodarki włościańskie oddzielnie. Z drugiej strony fakt, że gospodarka chłopa pańszczyźnianego – w przeciwieństwie do czynszowego – nie może nigdy splajtować (chyba w razie ruiny seniora) i ma pod sobą trwałą podłogę pańskiego „zaratowania” [Kula 77-79, Zubyk 238, Rutkowski Podz 181-182], też ma jakąś wartość, choć raczej jako część trwałego kapitału kmiecia niż jako przychód.

Generalnie gospodarki chłopskie i gospodarstwo pańskie (folwark) mają sens traktowane jako oddzielne działalności gospodarcze. Węzeł między nimi to należności poddańcze (daniny, robocizna) przekazywane do gospodarstwa pańskiego oraz ziemia uprawna udostępniana gospodarstwom chłopskim.

Dokładna forma tego stosunku była złożona i zmienna – przede wszystkim jeśli rozróżnimy ziemię nadawaną dowolnie przez pana oraz prawo zakupne do ziemi – i prawo starało się uniemożliwić chłopu wyjście z tej relacji. Przynajmniej w sensie odejścia ze wsi, bo kwestia porzucania i rynkowego obrotu gospodarstwami wewnątrz majątku senioralnego komplikuje tę sytuację. Ale ekonomicznie był to stosunek podobny do dzierżawy albo innej wymiany. Jego istotą była wymiana kapitału. Majątek pański mógł wykorzystywać uprawnienia do świadczeń feudalnych (przede wszystkim pańszczyzny) jako kapitał, co musiał pokrywać przekazaniem ziemi; gospodarstwo chłopskie odwrotnie, pokrywało swoją działkę świadczeniami feudalnymi jako zobowiązaniem.

Robocizny pańszczyźnianej nie uznawałbym za koszt folwarku, tylko za część aktywów obrotowych jako należności: mianowicie uprawnienia do pracy zewnętrznej. Wiemy, że wymiar pańszczyzny miał się zgadzać na przestrzeni roku, a potem przepadał. Ilustruje to fragment ze Studium nad folwarkiem Wyczańskiego, gdzie cytuje on klasycznego porady z epoki dla gospodarza szlacheckiego, wobec gospodarzy chłopskich:

(…) Gostomski, doskonały organizator i posiadacz rozległych majątków, spiesząc się, by jego zboże jak najwcześniej dotarło do Gdańska (…), radzi pożyczać od kmieci zboże, a pańszczyznę oszczędzać i przeznaczać na młóckę [Wyczański 151, podkreślenia moje]

Pan mógł starać się przesuwać odebranie swojej powinności naprzód albo na później, ale jej zakres pozostawał określony i stały. (Zresztą [Wyczański 74] o tym, jak te przesunięcia były rzadkie i społecznie kontrowersyjne). Jest to więc część bilansu przedsiębiorstwa (kapitału), a nie rocznego rachunku zysków i strat. To też à propos twierdzenia Kuli, że kapitał obrotowy był niski [Kula 40].

Cena „prawdziwa” a cena faktyczna

Ponownie, Kula twierdzi, że zysk właściciela ziemskiego będzie potężny, jeśli będziemy liczyć tylko pieniężne elementy jego rachunku, a pominiemy resztę – rozliczaną bezgotówkowo – ponieważ właśnie otrzymywanie ich „za darmo” ma być kluczem do ogromnego zysku [45]. Tym „darmowym” zasobem może być siła robocza. Innym przykładem ma być drewno daleko od szlaków handlowych, które można spalić w hucie szkła, bo tak czy inaczej się je uzyskuje z lasów, a nie da się go sprzedać na wolnym rynku [44].

Ale nieelastyczny rynek, wykorzystywanie zasobów na miejscu nie kłóci się z kapitalizmem – a Kula próbuje właśnie w takich warunkach szukać charakterystyk feudalizmu, jako systemu gospodarczego poprzedzającego gospodarkę opartą w pełni na pieniądzu. Węgiel brunatny, na przykład, jest spalany na miejscu w elektrowniach węglowych również w Niemczech Zachodnich – na ziemiach nietkniętych od dawna przez poddaństwo feudalne ani przez „realny socjalizm” (chyba, że zechcemy tutaj rozumieć szeroko też gospodarkę wojenną Walthera Rathenaua i hitlerowski system nakazowy). Jest to surowiec, którego nie opłaca się donikąd przewozić i jedyne możliwe jego zastosowanie gospodarcze jest na miejscu: typowy zasób nieelastyczny Kuli. W czasie pandemii koronawirusa, jak wiadomo, miał miejsce moment ujemnych cen baryłki ropy naftowej. Można było na rynku kontraktów terminowych dostać pieniądze właśnie za to, żeby raczyć odebrać i przechowywać paliwo.

Są to sytuacje nietypowe dla ekonomii kapitalistycznej, gdzie faktycznie zwykle wszystko da się spieniężyć i gospodarowanie „wewnętrznie” ma miejsce tylko w ściśle zaplanowanych przypadkach. Chociaż i to może sięgać daleko: sto lat temu Henry Ford miał w River Rouge własną hutę stali, żeby od razu produkować z niej samochody.

Owszem, często uniknięcie zastosowania pieniądza pozwala na znaczące oszczędności i zysk. Gdzie wkracza pieniądz, wkraczają pośrednicy i wpływ szerszej gospodarki, która może z czasem zmieniać jego wartość przez inflację, efekt Baumola itp. Ale też brak pieniądza nie oznacza, że te zasoby przedsiębiorca dostaje dosłownie za darmo. Henry Ford musiał zbudować swoją hutę, niemieckie spółki – swoje kopalnie, pan feudalny – sprowadzić i osadzić swoich chłopów, nadać im ziemię na gospodarstwa, zaczekać, żeby się rozwinęły (dlatego również w źródłach jest tyle wzmianek o świeżych osadnikach, których przez kilka lat nie można jeszcze obciążać), dbać, żeby nie upadły.

Dymiąca fabryka, baraki i inne budynki w River Rouge, Michigan
Zintegrowana fabryka Forda w River Rouge.

Nie jest niczym niecodziennym, że przedsiębiorstwo niejako samo wytwarza sobie problemy i okazje i musi się skupiać na sprawach „wsobnych” – lepszej organizacji, domontowaniu maszyn albo remoncie, bo akurat znalazły się pieniądze itp. Pretensje Kuli, że inwestycje w folwarku były często nie tylko niepieniężne, ale nie miały nic wspólnego z sytuacją rynkową [65], też kryją w sobie pewne założenie intensywnej konkurencji i hiperoptymalizacji, która nawet w kapitalizmie nie jest wszechobecna.

Kula twierdzi, że uwzględnianie czynników niespieniężonych w kalkulacjach musi wykrzywiać szacowany zysk, ponieważ ceny same w sobie nie odzwierciedlają realiów rynkowych [49-50, 55-56]. Ciekawa to teza w książce pisanej w czasach PRL. Dwa powody, dla których uważam ten problem za przesadzony. Po pierwsze, jak już o tym mówiłem, większość tych zasobów to materiały i należności, których może wcale nie potrzeba wyceniać ze ścisłą dokładnością, zwłaszcza jeśli ich podaż jest mniej więcej stale taka sama i przetwarzana w całości. To dotyczy też niesprzedawalnego drewna z lasów i renty odrobkowej (pańszczyzny). Pojawiają się one i znikają w bilansie; nie są użyteczne same w sobie i mogą dopiero być wykorzystane do osiągnięcia zysku. Dlatego ich wartość w pewnym sensie może pozostać cały czas wirtualna i jako taka nie ma wielkiego wpływu na konkluzję.

Sprawa druga to sama ilość zasobu i czy jest wystarczająca. Na przykład jeśli nie ma dość dużo siły roboczej do uprawy folwarku, ta właśnie niewystarczająca ilość pogarsza rentowność gospodarki. Im robotę trudniej dokupić albo odsprzedać, tym jej konkretna cena ma mniejsze znaczenie w ostatecznym rachunku. Czy się płaci (albo by się płaciło) bardzo dużo, czy bardzo mało, nie to jest w takiej sytuacji kluczowym problemem.

Ale często nie jest aż tak, że ceny rynkowej w ogóle nie ma, tylko istnieje jakaś, ale można ją uznać za spaczoną. Takie jest zdanie Kuli na temat kupna pracy w rolnictwie [46, 48-49]. Ponieważ migracja chłopów była utrudniona i duża część ich potencjału pracy była uwikłana w zobowiązania pańszczyźniane, pracownik najemny był względnie drogi. Faktycznie, gdyby wprowadzać pełny kapitalizm jak później w Anglii i gdzie indziej, wyrugować chłopa z ziemi i zatrudniać go za pieniądze, cena pracy by bardzo spadła.

Ale takie zarzuty wobec cen, że mogłyby być inne w innej sytuacji, należą do odmiennego porządku. W rachunkach sytuacji finansowej trzeba się opierać na cenach faktycznych. Oczywiście, to też wcale nie jest takie proste: na moim folwarku mogę sprzedać komuś drewno w poniedziałek za 20 groszy, a w środę Dąbrowski mi zaoferować cenę 50, a w czwartek Brzozowski – 40 groszy za surowiec innej jakości. Badacze historii cen, jak np. słynna szkoła Franciszka Bujaka, podają często jedną stawkę dla jednego roku, na podstawie różnych wzmianek; albo wzmianek nie ma i w danych jest luka. Dlatego nawet cena „faktyczna” to trochę wyidealizowana abstrakcja.

Ale to coś innego niż postulat – chyba nie tak rzadki wśród ekonomistów – że ta czy inna cena jest w pewnym sensie „nieprawdziwa”, bo rynek jest „zaburzony”. (Kula ostrożnie przyznaje, że „doskonały” (…) rynek to abstrakcja teoretyczna [45]). Rzadko się zdarza, żeby rynek był naprawdę wolny i dało się wszystko kupować w dowolnej ilości. Pewnie najwyższym standardem są tutaj giełdy elektroniczne i aplikacje typu Uber. Inna sprawa, czy standardem pożądanym.

Pewnie jeszcze rzadsze jest, by ceny uwzględniały wszystkie koszty zewnętrzne, np. jeśli woda dostarczana jest do gospodarstw kosztem niszczenia jeziora (czego koszty ponosi pośrednio cała okolica). Ale nawet w tym wypadku, jeśli liczę budżet swojego domu, to jedyną sensowną ceną wody jest cena faktyczna, a nie cena idealna, gdzie zostaję dodatkowo obciążany obiektywnym kosztem niszczenia jeziora. Choćby cena idealna była „słuszniejsza”, to wprowadzanie jej do rachunku zaciemniałoby informację o mojej wypłacalności. Miejsce na protesty w sprawie jeziora jest na płaszczyźnie politycznej, nie w takich pustych demonstracjach, usiłujących kreować fikcyjną rzeczywistość. Rachunek zysków i strat powinien brać pod uwagę, na ile to możliwe, ceny faktyczne z rynku, nawet jeśli wydają się one w jakiś sposób „nieprawdziwe”.

Jaką rolę odgrywają nakłady inwestycyjne w księgowości?

Jeśli ujęcie zobowiązań jako kapitałów byłoby dosyć abstrakcyjne dla ludzi z epoki nowożytnej, to co ujęliby właśnie jako aktywa gospodarstwa? Wiemy, że w zachodniej Europie pojęcie kapitału rozwinęło się z początku jako określenie pieniędzy włożonych przez kupca w jakieś zyskowne przedsięwzięcie [Braudel 204-205]. Co prawda kupcy zachodni kupowali sobie ziemię, na przykład winnice, licząc na pewniejszą lokatę pieniędzy i bywali potem rozczarowani, jak trudne do sprawnego sprzedania na rynku są takie majątki [219-220].

To jednak spojrzenie na „kapitał” z perspektywy prywatnego bogactwa właściciela, a nie prowadzenia przedsiębiorstwa. Znawcy z epoki, tacy jak Anzelm Gostomski, nie będą się posługiwać znaną nam terminologią, ale musieli zdawać sobie sprawę z ogólnych pojęć. Ciekawe, że w ocenie samego Braudela ziemia uprawna jest faktycznie wysoce nietrwałym, obrotowym kapitałem, który bez przerwy trzeba było odnawiać nawożeniem, płodozmianami, naprawą rozpadającej się infrastruktury [216].

Lustracje dóbr królewskich zapisywały jako dobra folwarku obszary ziemi z poszczególnymi uprawami i liczby zwierząt w oborach. Obok tego umieszczano listę pracowników takich jak kucharki, pasterze, dwornicy, razem z zapisaniem rocznej płacy. To są więc raczej zobowiązania. Czego tam nie ma, to narzędzia i zabudowania. Bardziej szczegółowe mogą być zapisy przy przekazywaniu dóbr dzierżawnych: te czasem mogły zawierać takie informacje, a także, rzadko, stan upraw i zasiewów [Wyczański 18].

Jak często trzeba było stawiać zabudowania i dokupować narzędzia – to są pytania, na które chyba trudno odpowiedzieć i podejrzewam, że nieraz więcej by mógł tu pomóc archeolog niż historyk. Do budowy stodół, obór potrzeba było raczej ekipy. Narzędzia, powozy itd. trzeba było kupić od rzemieślników – choć na folwarkach podlwowskich opisywanych przez Zubyka wymagano od chłopów własnego sprzętu [Zubyk 237, 254]. Bydło pociągowe na folwarkach badanych przez Zubyka należało do poddanych, a pan dbał głównie o to, żeby się go nie pozbywano [Zubyk 238]. W ocenie Jana Rutkowskiego zapewnianie poddanym bydła i narzędzi było częstym zjawiskiem [Rutkowski Podz 181-182].

Kluczowa jest dla nas kwestia, czy dane narzędzia, budynki itd. były potem uważane za część majątku seniora feudalnego, czy też zostawały już częścią gospodarstwa chłopa. Jeśli zwierzchność feudalna kupowała coś dla siebie i umieszczała to we własnym kapitale, to jest to nakład inwestycyjny (CAPEX) widoczny w bilansie i w rachunku przepływów pieniężnych, ale w rachunku zysków i strat pojawia się jedynie stopniowo jako amortyzacja. Nie zmienia to faktu, że trzeba było mieć tę gotówkę w całości, żeby zachować płynność finansową.

Z kolei wszelkie zaratowanie poddanych przez pana – kupienie dla nich bydła, ziarna, potencjalnie narzędzi, które później oni posiadali – jest to jednorazowy koszt bezpośrednio zaliczany przez nas do rachunku zysków i strat danego roku prowadzenia gospodarki.

„Gdańsk w XVII wieku”, Wojciech Gerson.

Przy wielkich inwestycjach z punktu widzenia przedsiębiorcy – króla, miasta, klasztoru, szlachcica – budowa np. młyna na włościach rolnych to jeden, nieproporcjonalnie wysoki wydatek jednoroczny. Rozłożenie go księgowo na lata dzięki amortyzacji nikogo tu i teraz nie pocieszy. Można sobie zafundować takie doświadczenie jedynie za pomocą dobrego kredytu, a nawet wtedy jego oprocentowanie wżera się w stopę zwrotu z inwestycji.

Gospodarczo sensowny kredyt inwestycyjny w Polsce nowożytnej, na ile wiem, nie był typową opcją dla szlachty – choć zapewne mogliby go uzyskać potężniejsi właściciele. Przykładem są choćby wielkie spichlerze w kluczowych miastach handlu rzecznego, wspomniane dalej. Zresztą można na pewno znaleźć więcej informacji o poważnych inwestycjach kościelnych czy magnackich.

Jak podaje [Łozowski 55, 60] – badacz kredytu dostępnego w dawnej Warszawie – korzystny kredyt, utrzymywany w granicach dozwolonego przez Kościół oprocentowania do 10%, dotyczył przede wszystkim renty. Polegała ona na oddaniu wierzycielowi dochodu z majątku w zamian za wcześniejszą wypłatę gotówki. Istniały również drapieżne pożyczki typu lombardowego. Nic z tego nie wygląda jak racjonalny gospodarczo kredyt, gdzie pożyczam np. na budowę młyna, bo przewidywana rentowność tak zainwestowanego kapitału będzie wyższa niż oprocentowanie pożyczki i będzie mnie stać. Jednocześnie zdecydowana większość ruchu pieniężnego w Starej Warszawie był to kredyt kupiecki, z niewielkim udziałem kredytu konsumpcyjnego [Łozowski 348].

[Kula 198] również przyjmuje założenie, że możliwość kredytu inwestycyjnego była w nowożytnej Polsce pomijalna. Zdaje się też sądzić, że nawet mając nadwyżkę pieniędzy senior feudalny nie mógłby ich sensownie zainwestować we własnym majątku (zamiast kupować więcej ziemi), co uważam już za trochę dogmatyczne.

Myślę, że to jest właśnie punkt, gdzie powinniśmy odwołać się bardziej do socjologii i wiedzy o kulturze. Funkcjonowanie w społeczeństwie „feudalnym” opierało się na prestiżu i osobistych stosunkach z różnymi patronami, klientami, fakcjami itd. i głównie przez to opłacało się mieć więcej ziemi, więcej poddanych, hajduków i członków dworu. To robiło większe wrażenie i było trudniejsze do stracenia niż żywa gotówka, na straży której dopiero w czasach nowoczesnych staje – w imieniu posiadaczy kapitału – policyjne państwo. Ten czynnik wiąże się też z cynicznym poparciem bezideowej części szlachty i magnatów dla reakcyjnych reżimów zaborców, przeciwko zachowaniu czy przywróceniu rządu republikańskiego.

Kozaccy czy węgierscy najeźdźcy łatwiej komuś ukradną skrzynie złota uzyskane z wzorowo prowadzonego folwarku niż pięć folwarków gospodarowanych jedynie poprawnie, za to z wielką zgrają chłopów i najemnych famulusów.

Kula uważa nastanie epoki, gdzie można racjonalnie sprzedać część majątku dla zainwestowania pieniężnie w resztę, za jeden z syndromów przejścia do prawdziwego kapitalizmu [195].

Model folwarcznej księgowości (propozycja)

Spróbuję trochę usystematyzować wizję, którą tutaj rysuję, żeby móc lepiej sobie wyobrazić gospodarcze funkcjonowanie folwarku. W tym zestawieniu priorytetem jest raczej rekonstrukcja faktycznego mechanizmu ekonomii, a dopiero pomocniczo – dawnych wyobrażeń na jej temat.

Rachunek zysków i strat

Faktyczne zyski i koszty musiałyby włączyć, poza wydatkami pieniężnymi:

  • amortyzację środków produkcji bezpośrednio należących do pana –- czyli zabudowań​, w przypadku eksportu również barek i ewentualnie spichlerzy
  • „zaratowanie” [Zubyk 238] – przekazanie bydła, ziarna, narzędzi itd., których chłopi potrzebują do produkcji, a z jakichś powodów stracili (przemarsz wojsk, ciężka zima) lub zdefraudowali – Zubyk podaje, że ziarno należało zwrócić jesienią;
  • degradację sił produkcyjnych – czyli „dezolację” majątków z historycznych źródeł, które rozważa także [Kula 46-47]. Chodzi tutaj o wyniszczenie mienia i tkanki społecznej w celu uzyskania dochodu pieniężnego teraz: a właściwie stopień, w jakim redukuje to przyszłe przychody (ponieważ liczymy tutaj czystą ekonomię). Dezolacja jest szeroko uprawiana dzisiaj przez przedsiębiorstwa, w Amazonowsko-Allegrowskiej pętli skali zaciskanej na pracownikach i dostawcach, albo przez nierówne zrywalne kontrakty; różnica tkwi w tym, że dzisiejsze przedsiębiorstwo liczy na zawsze jeszcze więcej ludzi do wyciśnięcia, a jeśli nowożytny właściciel (czy dzierżawca) folwarku zdezoluje miejscowych chłopów, to innych już łatwo nie będzie. Dezolacja, krótko mówiąc, degraduje kapitał.

Daje to obraz następujący:

Przychody: zbiory, drewno, płody zwierzęce – część z nich sprzedana, zaksięgowana w rozchody i zastąpiona pieniędzmi; daniny w pieniądzu i naturze, w tym wykupy pańszczyzny i inne; spłaty zaratowań (tych, które uległy spłacie); dochody i opłaty z przedsiębiorstw wiejskich (karczmy, pastwiska).

Rozchody: wydatki na pracę najemną i zarząd; wysiew; transport plonów, podróże w sprawach gospodarczych i posłańcy ([Zubyk 256] zwraca uwagę na relatywnie dużą skalę tych wydatków); usługi pańszczyźniane użyte bądź niewykorzystane; amortyzacja narzędzi, zabudowań itp.; zwierzęta ubite i padłe; zaratowania; podatki i odsetki; dezolacja poddanych i majątku.

Bilans

Aktywa: ziemia rolna liczona według jej potencjału; rosnące uprawy i lasy; produkty rolnicze uzyskane ale nie sprzedane; należność bieżąca pańszczyzny; narzędzia i inwentarz martwy folwarku; inwentarz żywy (zwierzęta).

Koncepcyjnie, choć mocno upraszczając idę za [Czerwińską-Kayzer].

Pasywa: kapitał własny (czyli to, na ile aktywa przewyższyły źródła finansowania: poniekąd własny majątek właściciela); kredyty; nadziały poddanych.

Zmiany: dokupowanie narzędzi i zwierząt wykorzystywanych w długim terminie; w ciągu roku należności pańszczyzny są umniejszane, a w zamian uzyskiwane są korzyści z pracy – ziemia przygotowana pod uprawę czy płody rolne.

Jak zarządzać i nie stracić

Jeżeli ustaliliśmy pozycje rachunku, to możemy przynajmniej rozważyć, w jakich zakresach mogą się one realistycznie zmieniać i jak by to wpłynęło na zyskowność gospodarstwa. To żeby oszacować, na ile mniej lub bardziej kompetentny zarząd mógł sprawy poprawić albo zepsuć.

Te gospodarstwa, dla których sporządzano w ogóle inwentarze czy rachunki, były pewnie lepiej gospodarowane. Dlatego możemy z ich przykładu wynosić błędne wyobrażenie na temat stanu tych, gdzie działalność śledzono w mniejszym stopniu, najwyżej w jakichś ulotnych zapiskach. Jak pisze Wyczański:

Specyfika folwarków średniej i drobnej szlachty polegała między innymi na tym, że nie miały one wyrobionej administracji. Najczęściej zarządzał nimi sam właściciel, z po­mocą włodarzy czy dworek, ewentualnie zastępujący go dzierżawca. [Wyczański 15]

Podstawową zmienną rok do roku, jeśli się skupimy na samej uprawie roślin, był urodzaj. Kula rozważa ten problem na podstawie dostępnych sobie danych statystycznych, głównie o cenach, i dochodzi do wniosku, że korelacje typowych rocznych cen w Polsce (a także z Amsterdamem) były na tyle wysokie, że mogły zacierać efekty odmiennego urodzaju w różnych prowincjach [Kula 99-105]. Gdyby tak było – a nie mam materiałów i badań do oceny w którąkolwiek stronę (poza wątpliwością, czy utrzyma się to w typowym miejscu logistycznie odległym od rynków eksportowych) – to i tak cena eksportowa byłaby czynnikiem poza bezpośrednim wpływem gospodarza. Mógł równie dobrze modlić się o deszcz, co o korzystną koniunkturę szerokiego rynku.

Grupa chłopek w długich spódnicach ścina zboże sierpami.
Żniwa (1874) – Léon Augustin Lhermitte

W tym duchu trzeba interpretować dalsze wyliczenia Kuli, że w przypadku urodzaju zysk będzie wyższy, dzięki większej produkcji a pomimo niższych cen [Kula 121] – bo pozostaje jeszcze pytanie, urodzaju gdzie. Sama ziemia ma też różny stopień potencjału na różnych terenach. Dzisiaj wyróżnia się w Polsce sześć klas bonitacyjnych, od I, dla gruntów bardzo sprzyjających uprawom, po klasę VI, nadającą się słabo. Nie oznaczało to, oczywiście, że każdy – nawet na tym samym obszarze – zbierze plony takie same. Dowodem na to jest już sama znana wyższa produktywność ziemi chłopskiej w porównaniu z folwarczną. Szło o to, na ile prace polowe wykonywano porządnie, ale też o to, jakie stosowano metody agrotechniczne – zdając sobie sprawę, że ten termin brzmi nam pewnie zbyt naukowo w tym kontekście. Jednak nawet w czasach preindustrialnych istniało sporo praktycznej wiedzy (którą nie każdy musiał w pełni znać albo stosować), dzięki której plon na przestrzeni wieków się stopniowo powiększał.

Kto odpowiadał, w imieniu właściciela majątku, za kierowanie pracą i jej pilnowanie? Najwyraźniej metody były różne i być może mieszały się ze sobą [zob. Wyczański 15 jak wyżej]. Upraszczamy tutaj sytuacje bardziej skomplikowane, gdzie kościelny, miejski czy magnacki właściciel folwarku w ogóle rzadko schodził na jego poziom i zlecał jakiemuś dzierżawcy czy zarządcy wydobywanie renty z majątku.

Istnieli włodarze, którzy według Wyczańskiego nie są często zatrudnieni za wynagrodzenie, tylko mają nadziały kmiece i zarządzają pracami w zamian za przynajmniej część pańszczyzny [Wyczański 91]. Na Śląsku, więc poza obszarem Rzeczypospolitej, w XVI wieku pracą pańszczyźnianą chłopów musieli często kierować sołtysi [Heck 283] – czyli gospodarze przewodzący gromadzie chłopskiej, zazwyczaj dziedzicznie. W ówczesnej Polsce sołectwa ulegały procesowi przymusowego wykupu przez właścicieli ziemskich [zob. całe Rutkowski Soł].

Do najemnej kadry kierowniczej majątku należeli urzędnik i dwornik [Izydorczyk-Kamler 19]. Urzędnik wywodził się często (nie zawsze) ze szlachty i zajmował różnymi sprawami na rzecz właściciela i majątku, zatrudnianiem rzemieślników i wykonawców itd. Dwornik mógł być pochodzenia chłopskiego i dozorował same prace rolne.

Można by pewnie zarysować wyidealizowany schemat zarządzania majątkiem folwarcznym: urzędnik, pod nim dwornik do spraw gospodarskich, pod nim włodarze do pilnowania, żeby ludzie z gospodarstw ich sąsiadów faktycznie coś robili na pańskim polu i nie był to jedynie „odpoczynek po pracy we własnym gospodarstwie” [Rutkowski Eur 157].

Były liczne metody, którymi włościanie mógł działać na szkodę pana ziemskiego: zaniedbywanie pracy, zagarnianie ziemi [Kula 211-212], oszukiwanie na użyczaniu swoich narzędzi czy zwierząt roboczych, albo doprowadzanie do ich śmierci.

Co więcej, porównajmy to na przykład z robotnikami w fabryce rur metalowych (tu bez różnicy, w kapitalizmie czy w komunizmie): również oni mogą oszukiwać zakład na wiele sposobów, ale ich motywacja to głównie mniejsze obciążenie pracą czy co najwyżej drobny zarobek na boku. Taki robotnik właściwie nigdy nie jest we własnym zakresie przedsiębiorcą rurowym na skalę, na jaką jest pracownikiem kapitalistycznej firmy albo „gospodarki uspołecznionej”.

Chłop pańszczyźniany przeciwnie: prowadzi działalność identycznej natury, co senioralny właściciel jego ziemi. To oznacza, że jeśli uda mu się jakiś przekręt taki czy inny (z punktu widzenia pana – my nie wartościujemy tutaj), umniejszony zysk pana z gruntu może po prostu przenieść do własnego gospodarstwa i je rozwijać. Sam Kula przyznaje, że chłopi byli dobrze połączeni z rynkiem pieniężno-towarowym tak, że właściciele ziemi próbowali przekierować ich gotówkę do własnych szkatuł [Kula 155, 219]. Wskazuje się też na wzrost liczby jarmarków i targów wiejskich w XV-XVI wieku, które opierały się właśnie na udziale włościan w handlu [Guzowski 156].

Nawet stąd widać, że zarządzanie majątkiem epoki poddaństwa było procesem znacznie bardziej dynamicznym i skomplikowanym niż zarządzanie fabryką z pracownikami, typowym XX-wiecznym folwarkiem z najemną siłą roboczą, czy – dokąd oczywiście biegną fantazje „historii ludowej” – niewolniczą plantacją. Teza Kuli, że główną motywacją pańszczyzny z punktu widzenia pana była chęć uniknięcia pośrednictwa pieniądza – że chciano go tylko gromadzić za bardziej optymalną sprzedaż towarów i móc się też samemu wyżywić z plonów folwarku – jest intuicyjnie przekonująca, choć nadal nie do końca wiadomo, jakie te mechanizmy były naprawdę.

Ale dodatkowa cena za prowadzenie majątku, gdzie chłopi prowadzą też własne gospodarstwa, to większe oddzielenie ich losu od losu samego folwarku. Ma to miejsce niezależnie od tego, czy opłatę za ziemię ściąga się w robociźnie pańszczyźnianej, czy w pieniężnym czynszu. Pańszczyzna jednak wikła razem gospodarstwo senioralne i gospodarstwa chłopskie w codziennym funkcjonowaniu (to znaczy są to mniej więcej ci sami ludzie).

Folwark mógł przynosić zysk albo stratę i żadna z tych sytuacji nie musiała sama w sobie oznaczać lepszego albo gorszego położenia samych włościan. Gdyby właściciel ziemi („kapitału gruntowego”?) zaniedbał folwark – pomijając wszystkie kwestie dostępu do rynków eksportowych, żyzności ziemi itd. itd. – chłopi by sobie pewnie poradzili i nawet by może skorzystali. Przynajmniej do czasu jakiejś katastrofy naturalnej czy wojennej, po której nie miałby kto ich podratować, chyba że lichwiarz. Z drugiej strony wszelkie próby „intensywnego zarządzania”, nawet w spektakularnej formie poradnika Gostomskiego, musiały się – co wynika z własnych jego słów – poruszać w granicach prawa ziemskiego czy regulacji osadniczych co do wymiaru pańszczyzny.

Kolejny czynnik, wytykany przez Zubyka nawet przy mniejszym handlu lokalnym opisywanych przezeń folwarków, to transport – podstawa sukcesu kasowego przedsiębiorstwa pańszczyźnianego, jaki postuluje Kula. Jeżeli rynek zagraniczny, na przykład holenderski, ma zasilić właściciela ziemskiego złotem, to trzeba mu jakoś dostarczyć zboże. Statki do żeglugi rzecznej pan często posiadał na własność i musiał do nich zatrudniać i żywić załogę, jak to opisuje Gostomski; magnaci posiadali wręcz własne przystanie i spichlerze w ważnych miastach [Gawlas 189-190]. Jest to istotne zaangażowanie kapitału pana feudalnego. Po drodze płynące statki musiały wielokrotnie uiszczać rozmaite opłaty i cła.

Księgi dotyczące opłat mostowego na wysokości Kazimierza pod Krakowem (w l. 1674–1785) wykazują, że najwięcej, prawie jedna trzecia statków transportowych należała do mieszczan, najpewniej w dużej części nieuprawiających roli na własną rękę. Co więcej, kiedy zapisywano, co danymi statkami przewożono, było to najczęściej drewno albo wapno [Kazusek 42-43]. Wszystko to każe przynajmniej postawić w odpowiedniej perspektywie wizje szlachty mającej gwarantowany bajeczny dochód ze zbóż i dominującej w gospodarce narodowej.

Literatura

Braudel = Fernand Braudel, Gry wymiany (Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV-XVIII wiek t. II), Warszawa 2019 (PIW).

Czerwińska-Kayzer = Dorota Czerwińska-Kayzer i in., Klasyfikacja i prezentacja aktywów rolniczych w sprawozdaniu finansowym według polskich i międzynarodowych regulacji rachunkowości, „Zeszyty Teoretyczne Rachunkowości”, 64 (120), Warszawa 2011 (Stowarzyszenie Księgowych w Polsce), s. 9-24. link

Guzowski = Piotr Guzowski, Chłopi i pieniądze na przełomie średniowiecza i czasów nowożytnych, Kraków 2008 (Avalon).

Heck = Roman Heck, Studia nad położeniem ekonomicznym ludności wiejskiej na Śląsku w XVI wieku, Wrocław 1959 (Ossolineum).

Izydorczyk-Kamler = Anna Izydorczyk-Kamler, Praca najemna na wsi małopolskiej w XVI i pierwszej połowie XVII wieku, „Kwartalnik Historyczny” 97 – 1-2/1990. link

Kowalewski = Krzysztof Kowalewski, Pańszczyzna i poddaństwo w Europie Środkowej – stan badań w: Drogi odrębne, drogi wspólne. Problem specyfiki rozwoju historycznego Europy Środkowo-Wschodniej w XIX–XX wieku, red. M. Janowski, Warszawa 2014 (Instytut Historii PAN). link

Kula = Witold Kula, Teoria ekonomiczna ustroju feudalnego, Warszawa 1983 (Książka i Wiedza).

Łozowski = Piotr Łozowski, Kredyt i dom. Rynki obrotu pieniężnego i nieruchomościami w Warszawie okresu XV i początków XVI wieku, Białystok 2020 (Instytut Badań nad Dziedzictwem Kulturowym Europy).

Opaliński = Edward Opaliński, Elita władzy w województwach poznańskim i kaliskim za Zygmunta III, Poznań 1981 (Wyd. Poznańskie). link

Rutkowski Eur = Jan Rutkowski, Wieś europejska późnego feudalizmu, Warszawa 1986 (PIW).

Rutkowski Podz = Jan Rutkowski, Badania nad podziałem dochodów w Polsce w czasach nowożytnych w: Wokół teorii ustroju feudalnego, Warszawa 1982 (PIW).

Rutkowski Soł = Jan Rutkowski, Skup sołectw w Polsce w XVI wieku, Poznań 1921 (Gebethner i Wolff). link

Wyczański = Andrzej Wyczański, Studia nad folwarkiem szlacheckim w Polsce w latach 1500-1580, Warszawa 1960 (PWN). Opieram się na wersji ebookowej, która kiedyś była w internecie: jeśli jest niezgodność z wersją papierową, proszę o info (postaram się sam to też skontrolować).

Zubyk = Roman Zubyk, Gospodarstwo folwarczne z końcem XVIII wieku w: Studia z historii społecznej i gospodarczej poświęcone Prof. Dr. Franciszkowi Bujakowi, Lwów 1931 (Ossolineum). link

Start the discussion

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *